Tulipanowe cuda

miricle_Dutch

Od jakiegoś czasu noszę się z potrzebą opisania Holandii moimi oczami. Oczy to wiecznego starca, który chyba już w kołysce zaczynał dzień od narzekania na korzonki i dociekania, co też dziś może pójść nie tak. Starca, który wszystko wie najlepiej, a gdy napotyka się z postawą bądź opinią skrajnie odmienną od własnej, zwykle niezadowolenie swe opakowuje w ironię bądź sarkazm i obwieszcza światu (nierzadko mamrocząc pod nosem). A gdy świat, bezczelnie i z premedytacją idzie w zaparte, uzupełnia wszystko o Spojrzenie: karcące, osądzające i (przynajmniej we własnej, nieomylnej przecież ocenie) smagające złoczyńcę niczym katowski bicz. Mając to na uwadze zapraszam na krótki spacer po cudach krainy wiatraków…

Grupowe Dźwiganie Belki

Holandia to kraj w przeważającej części płaski. Ciężko tu o wspinaczkę, ciężko o stromizny. Ale i tutaj twory ludzkiej ręki zwykły wspinać się i opadać – w oczywisty więc sposób, podobnie jak w całym cywilizowanym świecie, nie mogło tu zabraknąć schodów. To co odróżnia Holandię od wyżej wspomnianych, cywilizowanych krajów, to sposób ich użytkowania. Czy będą to wąskie, ruchome schody czy też szerokie schody przeznaczone do wytrwałego przebierania kulasami, wszędzie napotkamy na nieprzekraczalne bariery.

blocked stairs

Rzecz szczególnie łatwo zauważyć, gdy szatan zaczyna się cieszyć: na horyzoncie umykający nam pociąg bądź autobus, które mamy nadzieję jeszcze „złapać” nim czmychną nam sprzed nosa. A tuż przed nami… cóż to? Schody szerokie na dziesięć osób, i rzędem – jak w żołnierskiej defiladzie, przesuwa się przed nami tempem kulawego żółwia dziesięć osób. Ramię w ramię, krok za krokiem. W tym szaleństwie musi być metoda, podpowiada skołowany umysł. Może to czyn społeczny, Grupowe Dźwiganie Belki? Co gorsza, w wysiłek ten wtajemnicza się nielicznych, wybranych. Mi nigdy nie było dane unieść tę belkę z „miejscowymi”. Widać za krótko jeszcze tu mieszkam, jeszcze usiłuję łamać szyk i niweczyć wysiłek. I inni za mnie (przede mną, jednocześnie – o ironio) dźwigają te ciężary. Więc chcąc nie chcąc, choć nogi rwą się naprzód – człapię tempem ślimaczym i z rozpaczą spoglądam na umykający pociąg, autobus, uciekające życie…

Angielska język, trudna język

Kiedy zastanawiałem się kilka lat temu nad tym, w którym z europejskich krajów mógłbym się odnaleźć, jednym z najważniejszych kryteriów była powszechność języka angielskiego. Nie mam niestety daru Igomamy i miast przyswajać bez trudu języki ludzkie, skupiam się na językach skryptowych i programowania. O ile więc w pracy na ogół angielskim da się obronić w wielu krajach, o tyle w sklepie, na ulicy, w piaskownicy – język miejscowy wymagany. Prócz Wielkiej Brytanii (z oczywistych względów) brałem więc pod uwagę głównie kraje nordyckie i Holandię. Holandia pod tym względem nie zawiodła: wręcz ciężko czasem nawet próbować kaleczyć miejscową mowę, bo gdy tylko Holender uświadomi sobie, że nasz angielski jest jednak zdecydowanie lepszy – od razu korzysta z okazji by swój własny, czasem niedoskonały, angielski poćwiczyć. Ale nie należy się lękać: lekcje języka nas nie ominą! W sytuacjach kryzysowych, gdy trzeba podać ważny komunikat (nie ważne: przez megafon czy na stronie internetowej z listą awarii) – wszędzie tam, gdzie więcej niż jedno ucho bądź oko poddać w wątpliwość może jakość tłumaczenia, nie mamy się co nastawiać na angielską wersję. O tym więc, że autobus X jeździ co pięć minut przeczytamy po angielsku. O tym zaś, że dziś strajk i nie jeździ wcale – już tylko po holendersku.

rijd_niet

Krótka historia na zwizualizowanie tego przykładu:

Pierwszy miesiąc pobytu na obczyźnie. Tęsknota za rodziną, za krajem, choć dopiero rośnie, to już dokucza, już uwiera. Poranna podróż do pracy. Rozsiadam się w przedziale, próbuję czytać książkę, ale lekturę uniemożliwia ten sam, powtarzany przy każdej podróży komunikat: po holendersku i angielsku: „Następna stacja to Schiphol”. Po automatycznym komunikacie niespodzianka: odzywa się nieco mniej mechaniczny głos i coś tłumaczy. Niestety, jedynie po holendersku. Naiwnie zakładam, że to komunikat nieistotny. Oddaje się lekturze. Po kilku minutach (które z książką w ręku mają tendencję do skracania się w sekundy) od lektury odrywa mnie telefon. Dzwoni kolega z pracy, który mieszka w tej samej co ja miejscowości. „Hej, daj znać szefowej, że spóźnię się na spotkanie. Pociągi nie jeżdżą, więc dziś do pracy śmigam autobusem. A to jednak trwa pół godzinki dłużej”. Konsternacja, zdumienie. „Ale jak nie jeżdżą? Przecież siedzę w pociągu, który zaraz rusza”. I nagle do mnie dotarło. Jednak komunikat okazał się istotny. Umysł, uprzednio skupiony na lekturze, zaczyna łączyć fakty w logiczną całość. Dlaczego pociąg opustoszał po komunikacie. Dlaczego pozostał pusty, poza molem książkowym oderwanym od rzeczywistości. Zrywam się z siedzenia i pędzę na przystanek.

Holandia dodatkowo dba o językową edukację najmłodszych. W Polsce obecnie już w przedszkolu dziatwa plącze się w językowym piekle i miast przyswajać język ojczysty, czyta w oryginale Szekspira. W Holandii najmłodsi (pomijając nieliczne przypadki, gdy jedno z rodziców, bądź oboje pochodzą z krajów anglojęzycznych) przemówią do nas po niderlandzku, bo w szkole nikt im w łepetynkach nie miesza. Dzieci chętnie przemawiają do dorosłych a dorośli (na ogół z uśmiechem) odpowiadają. I tylko czasem trafi się jakiś gbur, który na najprostsze pytanie nie odpowie wcale (i jeszcze udaje, że niby nie zrozumiał, pewnie chcąc dokuczyć z powodu nieudolnie jeszcze składanych głosek). Zdarzają się też błazny. My ich spytamy, która godzina. Oni odpowiedzą „nie”. A może jednak źle nas zrozumieli? Może myśleli, że pytamy czy mają zegarek? Nieeee…. Na pewno żarty sobie stroją!

Tulipanowa Autostrada

O drogach w Holandii złego słowa nie mogę powiedzieć: niemal słyszę tę zmianę tonu w trakcie jazdy samochodem, gdy lekkie turkotanie niemieckiej autostrady zmienia się w delikatny szum po holenderskiej stronie. Co z tego jednak, że drogi w Holandii są tak wspaniałe? Jadąc przez Niemcy czujemy wiatr we włosach. Jadąc w Holandii nijak nam to nie grozi. Oto przed nami odcinek szeroki jak boisko piłkarskie. Pięć pasów w jedną stronę. Noga sama opada na pedał gazu. I nagle: ograniczenie.

kontrola_predkosci

Z prędkością 100 km/h w Polsce jeździmy na zwykłych drogach (nawet nie „eskpresówkach”) w podobnej sytuacji. Tu… nogę trzeba bardzo pilnować. Oprócz bowiem tak absurdalnych ograniczeń na nieuważnych kierowców oczekują też fotoradary. A mandat w Holandii to nie przelewki, zwłaszcza, że pensja kata też spada na nasze barki (do kary bowiem zawsze doliczone będą koszty jej egzekwowania).

Dodatkowo są miejsca w Holandii, gdzie drogi miast wprzód – prowadzą w górę.

pionowa_droga

Tak, również na autostradach. Wszystko to sprawia, że mimo autostradowej siatki pokrywającej cały kraj, kraj sam w sobie wydaje się rosnąć. Taki trik, by przyjezdni nie przeoczyli nieistniejących przecież granic i z rozpędu nie władowali się do Belgii. Tamtejsze piwo i frytki mogłyby bezpowrotnie podróżnika skorumpować i sprawić, że nigdy by już nie wrócił w ojczyste strony. A tak to sunie z zawrotną prędkością 100 km/h z i wspomina, jak to drzewiej bywało, gdy autostrady służyły szybkiemu podróżowaniu z miejsca na miejsce.

Święte Krowy

O Świętych Krowach słyszałem wiele lat temu, ale do tej pory kojarzyłem je z Indiami. Kraj, w którym wołowina spaceruje po ulicach, gdyż żaden z miejscowych nie poważy się przerobić jej na pyszny stek, wydawał się wówczas czysto abstrakcyjny. Jakież było moje zdziwienie, gdy na zjawisko natknąłem się w kraju tulipanów. Miejscowe krówki różnią się jednak od tych indyjskich: nijak nie da się ich przerobić na steki. Reszta to już w większości podobieństwa. Tu również śmigają wszędzie, nierzadko parami, roszcząc sobie prawo do wszelkich przestrzeni. Ulica, chodnik – bez znaczenia, krowa najważniejsza, na innych nie baczy i pędzi bez obaw. Wszak święta jest a sacrum z profanum się nie miesza. Jeszcze dzwonkiem zadzwoni na upartych pieszych, którzy bezczelnie chodzą po chodnikach, miast rzucać się na boki i bić pokłony.

dreamstime_xxl_38585779

Przejście dla pieszych? Auta stają równo, krówka pędzi dalej, prawie potrącając pieszą. A jeśli gdzieś ktoś postawi znak sugerujący, że oto przed nami krowia ścieżka – hamulce puszczają i choć piesi muszą tym samym traktem się przemieszczać, to robią to na własne ryzyko. Wielokrotnie ostrzegałem pociechy, by uważały w takich miejscach: czy racica, czy kółeczko – bliskie spotkanie z krową zwykle jednak boleśniejsze będzie dla pieszego, szczególnie małoletniego. Poszedłem nawet krok dalej, uświadamiając im, że krówki – jako święte – nigdy nie będą na nich zwracać uwagi. Koniec końców dla pieszego groźniejsze są w tym kraju krowy, które na nikogo nie zwracają uwagi, od aut – które choć cięższe i na ogół szybsze, to jednak na pieszych bardzo uważają.

Rondowy Zawrót Głowy

Poniekąd jest to przedłużenie poprzedniego punktu. Rondo jakie jest – każdy widzi. Z założenia upłynnia ruch i zwiększa bezpieczeństwo. Różnie to z tym bywa, szczególnie gdy ktoś odważny wymaluje dwa pasy wokół wyspy nie korzystając z turbiny. Ale w przypadku najprostszym, jednopasmowym na ogół działa. Ale każdy koncept można poprawić.

Zacznijmy więc od upłynniania ruchu. Wynika to wprost z faktu, że zjeżdżając z ronda mamy pierwszeństwo. Jak wspomniałem jednak, sytuacja komplikuje się w przypadku rond wielopasowych. Co jednak, gdy zewnętrzny pas (prawdziwie zewnętrzny) jest jakby węższy i nie bardzo da się na niego wjechać autem? Oczywiście, na rondach na ogół są przejścia dla pieszych, ale te umieszcza się nieco dalej od obwiedni, zostawiając miejsce dla opuszczających rondo aut.  W Holandii jest podobnie, z tą jednak różnicą, że wspomniane świątobliwości nie są tu degradowane do roli zbliżonej do pieszego. Prawdziwie zewnętrzy pas rezerwuje się dla nich co powoduje, że oczekiwać na zjazd auta będą na obwiedni. Inteligencji czytelników pozostawię rozstrzygnięcie: jak wpływa to na płynność ruchu na rondzie.

Bezpieczeństwo wynika z tego, że po przejechaniu wspomnianego wcześniej przejścia dla pieszych całą uwagę skupiamy na lewej stronie (lub prawej wszędzie tam, gdzie jeździ się po niewłaściwej stronie drogi). Tylko z tego kierunku nadjeżdżać będą pojazdy, którym musimy ustąpić pierwszeństwa. No i znów – Holendrzy poprawili znacznie sytuację. Jaki jest bowiem problem w tym rozwiązaniu? Jeśli chcę skręcić w lewo, to muszę zrobić wieeeeeeeeeelkie kółko. Dla autka? Pryszcz. Dla krówek? Zadanie niewykonalne. Rozwiązanie? Krówkom pozwólmy jeździć wokół ronda w obie strony.

IMG_20180806_170035

Efekt? Kierowca niby w lewo patrzy, ale kątem oka usiłuje wychwycić świątobliwości nadjeżdżające z prawej. I znów: ocenę pozostawię wszystkim tym, którzy przez gderania starca przebrnęli aż do podsumowania.

Więcej cudów?

Jest tych cudów więcej. Ot, choćby osławiona holenderska gościnność, owo sławetne pojedyncze ciasteczko z puszeczki, którym poczęstujemy gości, puszkę następnie szczelnie zamykając i odkładając na przyszłe, równie oczekiwane wizyty.

dreamstime_xxl_11696606

Czy suto zastawiane stoły w trakcie rozmaitych przyjęć, o których wspomniała Igomama w jednym z poprzednich postów. Czy wspaniałości służby zdrowia, przy których wymiękają nawet stare dowcipy z cyklu „przychodzi baba do lekarza”. Trudno bowiem śmiać się z żartu, w którym baba przychodzi z nogą odrąbaną siekierą, a lekarz przepisuje paracetamol i sugeruje, by uraz rozchodzić…. jeśli takiej reakcji poniekąd spodziewamy się przy każdej wizycie w przychodni (szczęśliwie, nogi póki co mam obie, więc nie było okazji zweryfikować). Opisałem głównie te, które już zawsze kojarzyć mi się będą z Holandią. Te, które najczęściej uruchamiają proces skutkujący w ironicznym komentarzu, pobłażliwym uśmieszku lub częściej nawet – frustracji.

dutch_sun_set

Ten wpis został opublikowany w kategorii wiatrakowe zwyczaje i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

17 odpowiedzi na „Tulipanowe cuda

  1. Anna pisze:

    Haha, bywam w Holandii tylko czasami i zawsze krótko, i zawsze własnym autem, więc nic nie wiem o komunikacji. Ale reszta…tak, tak, tak, tak własnie tam jest:)

    Polubione przez 1 osoba

  2. Celt Peadar pisze:

    Dziękuję za kolejną interesującą wycieczkę po Krainie Tulipanów 🙂 Tam naprawdę bez holenderskiego ani rusz! 🙂

    Brakuje mi IgoRodzinki w blogosferze i na Polance… Mam nadzieję, że macie fajne i bardzo przyjemne wakacje 🙂 Ściskam mocno Wszystkich!

    Polubione przez 1 osoba

    • igotata pisze:

      Dzięki Celcie! Obiecujemy więcej tulipanowych wycieczek po wakacjach i pewnie garść relacji z tychże wakacji. Igomama obiecuje też nadrobić Polankowe zaległości. Chwilowo dostęp do sieci ma mocno ograniczony…

      Polubione przez 1 osoba

      • Celt Peadar pisze:

        Ograniczony dostęp d sieci jak najbardziej rozumiem. Cieszę się na kolejne wycieczki i nadrobienie zaległości 🙂 Byłoby mi bardzo mi, gdybyś Ty też czasami do mnie zajrzał 🙂

        Pozdrawiam gorąco! 🙂

        Polubienie

  3. Kobieta po 30 pisze:

    Haha, o holenderskiej gościnności słyszałam. Paluszki i ciastko. I koniec. Można pęknąć z przejedzenia. Ale pozostałe paradoksy? No ciekawe…Można skupić się na tulipanach i na tym poprzestać 😉

    Polubione przez 1 osoba

  4. Iwona Kmita pisze:

    Oj, coś mi się wydaje, że pan Tata jakiś kryzys przeżywa w związku z pobytem poza krajem…

    Polubione przez 1 osoba

  5. jotka pisze:

    Bardzo ciekawe refleksje, nie zawsze w trakcie krótkiego pobytu zauważalne. Po wpisach Igotaty oraz Igomamy widać, że życie i praca w obcym kraju nie są łatwe…chyba nigdzie nie są 😉

    Polubione przez 1 osoba

    • igotata pisze:

      Jakby nie spojrzeć – na emigracji człowiek nigdy nie jest do końca „u siebie”. Nawet rzeczy na pozór oczywiste nagle stają się dziwem dla wszystkich wokół. I w drugą stronę: to, co miejscowym wydaje się naturalne, dla nas takim już nie jest. Grunt, by plusy ujemne równoważone były przez te dodatnie. 😉

      Polubienie

  6. Martynka pisze:

    Ilu się rzeczy dowiedziałam! Ciekawe to, z tymi ograniczeniami prędkości, ale może to i lepiej? Na pewno odczułabym różnicę. 😀

    Polubione przez 1 osoba

    • igotata pisze:

      To chyba kwestia ogólnego podejścia do prędkości… Osobiście lubię raczej szybko i dynamicznie. A ta swoista „ospałość” prowadzi do takich ciekawostek jak zmiana pasa bez sygnalizacji. No bo w sumie po co uprzedzać? 😉

      Polubienie

  7. szarabajka pisze:

    Tekst podziałam na mnie kojąco: jak dobrze, że mieszkam w Polsce 😉 Te 100 kilometrów na ha to może bym i przebolała, co kraj to obyczaj i mentalność, taki widocznie mają rozmach i gest, ale być traktowana gorzej, niż krowa?! Never !!! (jak to będzie po holendersku?)

    Polubione przez 1 osoba

  8. Ula H. pisze:

    „Co kraj to obyczaj !” – ponoć przysłowie to nam uświadamia. Wiem ja o „świętych krowach” w Holandii. Będąc tam w maju tego roku kilka razy pojechałam rowerem nie po tej stronie , co powinnam.( właśnie zjeżdżając z ronda ). Nic się nie stało, tylko inni rowerzyści jakoś dziwnie się na mnie patrzyli. Kraj piękny, ale mają tam swoje zwyczaje, które dla obcokrajowców mogą wydać się dziwne. Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • igotata pisze:

      Problem nie wtedy, gdy ktoś popełnia błąd (wszystkim nam się to zdarza) – gorzej, jak za skutki tego błędu wini innych… Przerabiałem raz i to właśnie od tamtej pory uczę pociechy: uwaga na święte krówki. Pół biedy, gdy tylko muczą, gorzej – jak bodą rogami. 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s