Przygoda pod psem (trochę straszna)

241952033_213056174188729_7989672756904684430_n

Dziś spontaniczny wpis z cyklu, co przynosi życie.
W ubiegłym tygodniu przyniosło ono nie byle co: powrót lata.
Mamy szczęście, bo mieszkamy w pobliżu dwóch jeziorek. Oba są niewielkie (jedno naturalne, drugie – sztuczne), ale grunt że można się kąpać.
W upalne dni dzieci wracają ze szkoły, jemy obiad, wkładamy stroje kąpielowe, wskakujemy na rowery i hajda nad wodę.

Przeważnie wybieramy jezioro leśne, bo jest bliżej (dziesięć minut), ale w zeszłym tygodniu dla odmiany (i porównania) wybrałam się z Okruszkiem (starsze nie chciały) na kąpielisko miejskie. Ponoć woda w nim czystsza.
Nad jeziorem miałyśmy miłe towarzystwo mojej koleżanki Kasi i jej siedmioletniej córki. Dziewczynki budowały zamki z piasku i częstowały nas błotnymi pączkami, a my „zjadałyśmy” te wyroby gawędząc w międzyczasie.
Kasia nie wzięła kostiumu, toteż ustaliłyśmy, że najpierw ja popilnuję dziewczynek w wodzie, potem ona na lądzie. Młode nurkowały i chwaliły się różnymi sztuczkami.
Gdy zmarzły, wróciły na brzeg, a ja postanowiłam jeszcze trochę popływać.

241779395_716101822681011_5074356505382261623_n

Leniwie snułam się od jednego mostku do drugiego, na nieco głębszej wodzie, ale bez przesady – to było małe kąpielisko.
Rozgarniałam fale rękoma, wsłuchując się w regularne pluśnięcia.
Nie myślałam o niczym, koncentrowałam się wyłącznie na oddechu i ruchach ciała.
Płynę. Wokół cisza. Spokój. Jest dobrze.
To prawdopodobnie moja ostatnia kąpiel w tym sezonie. Muszę ją zapamiętać.

Nagle coś zakłóca mój „zen”. Pies. Płynie nieopodal.
Sporych rozmiarów łapy młócą wodę, różowy język jak wachlarz wystaje z czarno – brązowego pyska. Ładny pies, elegancki.
Nie jestem specjalistką od ras, ale tę znam: rottweiler.

Jestem zrelaksowana, widok psa nawet mnie nie zdziwił. Ani nie zaniepokoił.
Po prostu płynę. Ja i pies. Zupełna harmonia.
Aż do chwili, gdy zdaję sobie sprawę, że pies zmierza wprost na mnie.
Zmieniam kierunek, zawracam do brzegu. Pies to samo.
Rozglądam się za właścicielami. Nikogo.

Mocniej pracuję nogami. Pies też. Jest znacznie szybszy ode mnie.
Już słyszę miarowe sapanie przy uchu. Pies jest tuż obok.
Widzę jego język – wilgotny, nierówny, z konstelacją różowych kropek i kresek.
Właścicieli nie ma. Próbuję odpłynąć i nie mogę.
Pies trąca mnie łapami. Uderza w ramię, w plecy.
Krzyczę. Krótko, ostrzegawczo, by zwrócić na siebie uwagę.

Wszystko tężeje. Tafla jeziora przypomina galaretę, ludzie – figury z piasku.
Przy brzegu brzuchaty pan pochyla się nad dzieckiem, które ma na rękach umocowane nadmuchane rękawki. Pomarańczowe, jak płonące skrzydła. Chcę odlecieć.

Wszyscy patrzą na psa i na mnie.
Też plażowicze, skryci za ciemnymi szybami okularów przeciwsłonecznych.
Parzą mnie te spojrzenia.
Na brzegu pojawia się wysoki, blady mężczyzna i młoda kobieta afrykańskiego pochodzenia. Machają, wołają psa. Właściciele?
Pies odwraca ku nim łeb, ale nie reaguje.
Facet kuca z zamiarem ściągnięcia butów i skarpet.
Ma powolne ruchy, jakby się zastanawiał, czy to konieczne.

Pies mnie przewraca,  zapadam się w wodzie, ale szybko się wynurzam.
Krzyczę. Niech zobaczą, że dla mnie to nie jest zabawa.
Właścicielka znów nawołuje psa. I znów bez reakcji.
Wówczas wrzuca piłkę do wody, taką do tenisa.
Pies waha się przez sekundę, po czym… yes! – płynie do piłki.

Oddycham z ulgą. Już ją dopada, niesie w pysku zieloną zdobycz.
Właściciel (bez butów) wchodzi do wody, zakłada smycz i mocnym szarpnięciem wyciąga psa na brzeg. Wszyscy troje: mężczyzna, kobieta i pies ruszają do wyjścia.

241807787_206472331475223_6547226744730772453_n

Plażowicze wracają do swoich zajęć. Do słońca, dzieci, gazet, telefonów.
Próbuję pływać, ale przestało mi to sprawiać przyjemność.
Wychodzę na brzeg.

W parku zjawiają się strażnicy, ktoś musiał zgłosić zajście.
Wkładam suche ubranie, chwilę gadam z Kasią, jednak wciąż czuję napięcie w każdej komórce ciała. Wkrótce żegnamy się.

Obecny tydzień nie jest „jeziorny”. Już raczej nie będzie pogody na plażowanie i okazji, by zatrzeć złe wrażenie po „psiej przygodzie”. Szkoda.

A za dwa dni, w sobotę, kolejny incydent: ktoś nam w nocy wszedł do mieszkania.
Zabrał telefon Groszka podpięty do ładowarki w pokoju. I rower z ogrodu.
Na szczęście rower porzucił parę ulic dalej. Telefonu – nie.
Groszek ma zatem przymusowy odwyk.
I żyje, bo jednak da się w wieku trzynastu lat funkcjonować bez komórki.
Oj i taki to, widzicie, mamy koniec lata.

241633354_3041546542786271_3069890321447839053_n

Ten wpis został opublikowany w kategorii wiatrakowa codzienność i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

20 odpowiedzi na „Przygoda pod psem (trochę straszna)

  1. nieodkrytapl pisze:

    O rany, nie wyobrażam sobie nawet, co musiałaś czuć. Ja panicznie boję się większych psów – zawsze mam wrażenie, że mnie zaatakuje. I pomyśleć, że w wodzie człowiek czułby się bezpieczniej..

    Polubione przez 1 osoba

  2. Morgana pisze:

    Kochana
    Współczuję, ja boję się psów. W dzieciństwa jeden ugryzł moją Babcię, gdy stanęła w mojej obronie, zasłoniła mnie!
    Złodziej, to też poważna sprawa, dobrze, że nikomu nic się nie stało.
    Pozdrawiam całą rodzinkę bardzo słonecznie i życzę tylko dobrych, miłych dni😊🌞💛🍀🌻🦋🐞

    Polubione przez 1 osoba

  3. Celt Peadar pisze:

    Przykro słyszeć, że miałaś taką „nerwówkę” w tak cudnym miejscu…
    Piesek Cię zauważył i pewnie chciał się zapoznać. Ale nie dziwię się, że się troszkę bałaś jednak.

    Szkoda telefonu, ale dobrze, że rower chociaż odzyskaliście. Nam przed laty podwędzili z auta radio. I tego już nie dało się odzyskać, dodatkowo Tata musiał wymieniać wybitą szybę.

    I troszkę Wam tego wypadu zazdroszczę. Sądząc po zdjęciach to generalnie była super zabawa 🙂 Tutaj na Południu już coraz bardziej jesiennie, chociaż jeszcze słonecznie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Dzięki, Celcie.
      A wiesz, jak napisałeś o radiu, to przypomniało mi się, że nam też zabrali radio z auta. Tu w Holandii, na starym mieszkaniu. I wszystkie tropy prowadziły niestety do Polaków, bo tamtej nocy akurat odbywała się impreza u Polaków mieszkających na tej samej ulicy. Były polskie śpiewy, polskie „przerywniki” i porozrzucane puszki po polskim piwie na ulicy.
      A w naszym aucie brakowało radia.
      Pozdrawiamy serdecznie.

      Ps. U nas też już jesień puka do drzwi i nie mogę uwierzyć, że tydzień temu pływaliśmy w naszym jeziorku – bajorku.

      Polubione przez 1 osoba

  4. jotka pisze:

    Normalnie thriller, niesamowite zdarzenie, ale raczej z tych przykrych.
    Najście nocne to już poważna sprawa, chyba konieczny jakiś alarm!
    Niespokojny koniec lata 😦

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Jotko, z rottweilerem puszczonym samopas to faktycznie była nieco przerażająca historia.
      A jeśli chodzi o najście, to była nasza wina i brak roztropności.
      Nie zamykaliśmy furtki na klucz i drzwi kuchennych, po prostu można było do nas wejść, to weszli. 😉 Mieszkamy w domu ośmiorodzinnym, więc mamy sąsiadów z każdej strony, zawsze czuliśmy się całkowicie bezpieczni, ale teraz jesteśmy ostrożniejsi i na noc zamykamy drzwi.
      Po co znów prowokować los!

      Polubienie

  5. agacia336 pisze:

    Oj, niefajnie…
    Z tym psem to w szoku jestem, ze wlasciciele tak po prostu wzieli psa i wyszli. Nie zostali zeby zapytac Cie, czy nic sie nie stalo, czy wszystko w porzadku… 😦

    Z wlamaniem chyba jeszcze gorzej… To musi byc straszne uczucie, takie naruszenie Waszej prywatnej przestrzeni. No bo ze ktos tak sobie po prostu wszedl… Dobrze, ze zabral tylko rzeczy materialne. Az mnie ciarki przechodza… Ja co wieczor obchodze dom, sprawdzam czy drzwi frontowe zamkniete, drzwi na taras, te do garazu. A i tak czesto budze sie w nocy i nasluchuje…

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Agaciu, też byłam w lekkim szoku, że właściciele psa poszli bez słowa.
      Ani „przepraszam”, ani wcześniej czegoś w stylu „proszę się nie bać, on nic nie zrobi”.
      Na pewno jakoś by mnie to uspokoiło, a tak jak tylko wołali imię psa, tym bardziej czułam, że nie jest dobrze i zaraz mnie ugryzie.
      A dla ścisłości – Agaciu, wiesz, do nas złodzieje nawet nie musieli się włamywać.
      „Zaprosiliśmy” ich do środka zostawiając niezakluczoną furtkę od ulicy i niezakluczone drzwi kuchenne od domu. Nasza wina i nieroztropność!
      Będziemy ostrożniejsi.

      Polubienie

  6. Malwina pisze:

    Co za historia, aż ciarki mnie przeszły po przeczytaniu postu… I gdy już myślałam, że na psie się skończy, to tu jeszcze włamanie. Dobrze, że złodziejowi zależało tylko na telefonie i na tym poprzestał. Człowiek się czuje bezpieczny, nie myśli o takich rzeczach, a tu ni z tego ni z owego, ktoś może sobie tak po prostu wejść. Brrr.

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      No właśnie tak się stało, Malwinko.
      Czuliśmy się tak bezpieczni, że nie przekręcaliśmy klucza w furtce i drzwiach od ogródka).
      Teraz mamy nauczkę.
      Jak się okazuje – ostrożności nigdy za wiele, a też prawda, że „okazja czyni złodzieja”.
      Może podpici ludzie wracali z imprezy w sobotę nad ranem i przez przypadek nacisnęli klamkę, patrzą furtka otwarta, dom otwarty, to nawet dla hecy weszli.

      Polubienie

  7. czipss pisze:

    Jestem strasznie cieta na wlascicieli psow, ktorzy puszczaja ja luzem, o tak, bo to spokojne psy. Nigdy nie wiadomo, co takiemu psu przyjedzie do glowy. Nasz pies tez jest spokojny, grzeczny, nigdy nikogo nie ugryzl, ale ja nie wiem, czego on sie moze wystraszyc, jak zareaguje… kiedys mijalismy starsza pania i nasz pies nagle sie rzucil w jej kierunku… bylam w szoku. Pogadalam z trenerem a on powiedzial, ze pies mogl wyczuc np. chorobe / leki i to go zdenerwowalo… tak samo kiedys zdenerwowal sie, bo dzieci piszczaly – bo nie jest przyzwyczajony do takich dzwiekow. I dlatego zawsze mam go na smyczy, nigdy luzem. Cale szczescie, ze Ci sie nic nie stalo, ze pies Cie nie zaatakowal, nie wcisnal pod wode… ja bym chyba zaskarzyla takiego wlasciciela – on/ona powinni byli wskoczyc do tej wody, zeby Ci pomoc, a nie pileczki psu rzucac….

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      No właśnie z zwierzętami nigdy do końca nie wiadomo.
      Dlatego się przestraszyłam. Tym bardziej, że to był rotwailer, pies na którego w niektórych krajach trzeba mieć pozwolenie, bo przy niewłaściwym prowadzeniu potrafi być agresywny (choć z zasady nie jest).
      Nie wiem jakie tamten pies miał zamiary i czemu akurat za mną pływał i mnie trącał łapami, ale w sumie nie miał wyboru, bo byłam zupełnie sama na głębszej wodzie.
      Po wszystkim czułam niesmak, że nie usłyszałam „przepraszam”, tym bardziej, że miałam na lewym ramieniu i boku ślady pazurów.

      Polubienie

  8. Iwona Zmyslona pisze:

    Nie najprzyjemniej kończyło się dla Ciebie lato. Sądzę jednak, że odwrócenie uwagi psa od Ciebie przez rzucenie ulubionej piłki było w zaistniałej sytuacji najlepszym wyjściem. Co do Groszka, to pewnie może liczyć na dodatkowy prezent pod choinką w postaci nowego telefonu, bo przecież nie jest winien kradzieży. Pozdrawiam serdecznie na nadchodząca jesień.

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Dziękuję Iwonko za pozdrowienia i niech jesień będzie dla nas wszystkich piękna i spokojna, bez żadnych niemiłych przygód.
      Piłka faktycznie pomogła w odciągnięciu uwagi ode mnie, ale interwencja ze strony właścicieli była naprawdę zbyt późna.
      Moja wyobraźnia zdążyła mi podpowiedzieć, że zaraz pies chapnie mnie w szyję (odkrytą i widoczną na wodzie) i będzie po mnie.
      Pozdrawiam.

      Polubienie

  9. Ultra pisze:

    W Krakowie 10 stopni i pada, jesienny smutek.
    Trzeba było zrobić zdjęcie właścicielom i zgłosić policji. Z takim psem nie ma żartów.
    Uważaj, bo jak mu dobrze poszło z kradzieżą, może wracać po łatwy łup.
    Zasyłam serdeczności

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Dziękuję, Ultro.
      Słuszna uwaga, zachowamy czujność.
      A co do psa, byłam w wodzie, więc nie miałam jak zrobić zdjęcia, a koleżanka mi powiedziała, że właściciele tak szybko z tym psem uciekli, że też nie zdążyła zrobić ich obfocić.
      Serdeczności i słonka w Krakowie. 🙂

      Polubienie

  10. oko pisze:

    zastrzelić właścicieli za nieodpowiedzialność, to za mało. ale od czegoś trzeba zacząć.
    a łyski tańczące na plaży z dzieciątkiem, to czysta poezja.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s