Władcę Pierścieni czytałem po raz pierwszy wiele lat temu, jeszcze w liceum. Kilka lat później z przyjemnością zanurzyłem się w kinowej adaptacji tej historii. I choć znam fanów Tolkiena, którzy uważają tę ekranizację za swoistego potworka, to dla mnie była to wyjątkowa uczta. A w ramach prezentu urodzinowego Igomama zafundowała mi powrót muzyczny do tej historii.
Wybraliśmy się razem, bo choć Igomama nie jest wielką fanką fantastyki, to muzyka tego typu zdecydowanie do niej przemawia. Koncert wykonywała orkiestra z Lwowa, wspólnie z Narodowym Chórem Ukrainy “Dumka”. I choć przy wejściu wręczono nam listę utworów, to prawie w ogóle nie sprawdzałem czego aktualnie słucham. I to nie dlatego, że znam ścieżkę dźwiękową z filmu na pamięć – bynajmniej – po prostu postanowiłem cieszyć się muzyką i dałem się ponieść melodii.
Koncert odbywał się w Phil, w Haarlemie. Muzyce towarzyszył taniec świateł, ale przez większą część czasu nie poświęcałem mu w ogóle uwagi. Siedziałem z przymkniętymi oczami i chłonąłem muzykę, pozwalając by to ona tworzyła obrazy. Malowała i sceny bitew, i beztroskiej zabawy. Chwile zadumy przeplatały się z patosem. Mrok ze słonecznym światłem. Potężne bębny i trąby przeplatane były pląsaniem skrzypiec i fletów.
Wracaliśmy oboje w świetnych nastrojach, wysyceni muzyką, spragnieni kolejnych wrażeń. Bo czegóż więcej można chcieć na urodziny? Rzeczy nigdy nie radują tak bardzo, jak doświadczenia. Chyba częściej będziemy się wybierać w takie podróże, choćby nawet kierunki były mniej fantastyczne. Warto czasem w tym świecie przepełnionym obrazkami pozwolić sobie na chwilę, gdy nic nam nie umyka nawet jeśli przymkniemy na moment oczy…