Znów odwiedziłam centrum Amsterdamu. Tym razem nie z koleżankami, lecz z klasą Okruszka, jako pomoc w opiece nad dziećmi. Inne towarzystwo, klimat też zupełnie inny. Zamiast radości i beztroski – refleksja i smutek.
Odwiedziliśmy Muzeum Anne Frank. Było przejmująco! Minęły dwa dni, a ja nadal dygoczę w środku.
A przecież to nie była moja pierwsza obecność w tym miejscu.
Do domu Anne pojechaliśmy rodzinnie osiem lat temu, dokładnie 4 marca 2018 roku. Wiem, bo odgrzebałam stare zdjęcia i bilety.
W sklepie muzealnym zakupiliśmy wówczas polskojęzyczny „Dziennik” Anne Frank, komiks biograficzny po niderlandzku, parę zdjęć, pocztówki.
Potem, już w domu, próbowałam czytać pamiętnik Iskierce i Groszkowi, ale to się nie sprawdzało. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że robimy coś niestosownego – podglądamy intymne myśli kogoś, kto sobie tego nie życzy.
Chociaż, przyznaję, nie skończyliśmy lektury, to rezolutna, uśmiechnięta Anne Frank nie dawała nam o sobie zapomnieć.
W Holandii dużo jest jej śladów i pamiątek.
W 2021 r. w kinach i na Netflixie pojawił się film „Moja najlepsza przyjaciółka Anne Frank”.
Rok później ukazała się niezwykła książka o przyjaźni Anne Frank i Hannah Goslar, Agnieszki Zakrzewskiej, polskiej pisarki zamieszkałej w Holandii: „Gwiazdy nigdy nie gasną” (bardzo polecam! Historia jest smutna, ale odradza wiarę w ludzkość. A jak pięknie napisana!).
Wróciłam do Muzeum Anny Frank – już bardziej świadomie, znajomość losów rodziny Frank zdążyła we mnie osiąść.
Dom Anne Frank, obok Rijksmuseum i Muzeum Van Gogha należy do świętej trójcy „must to visit” stolicy Niderlandów, ale czy na pewno warto tam iść?
Pytanie nieco przewrotne, ale… niech zostanie.
A więc tak, lokalizacja muzeum jest przepiękna, iście „amsterdamska”: kamienice ciągnące się wzdłuż nitek kanałów, łukowate mostki, łódki na wodzie, w stojakach rowery ozdobione sztucznymi kwiatami.
Znajdujemy się w dzielnicy Centrum – Joordan, przy Kanale Książęcym Prinsengracht. Zachodni Kościół Westerkerk co kwadrans bije w dzwony. Ten charakterystyczny dźwięk słyszała również Anne.
Na tejże ulicy, pod numerem 267, mieściła się firma Opekta zarządzana przez Ottona Franka, specjalizująca się w produkcji i sprzedaży pektyny oraz przypraw do wyrobu dżemów. Zaraz za kamienicą fasadową znajdował się „achterhuis” (tł. tylny budynek), oficyna, niewidoczna z ulicy, co więcej – z każdej strony otoczona budynkami. Kryjówka idealna!
Na dole – magazyny i biuro firmy, u góry – tajne mieszkanie, niewielkie, ale też niemałe: 46 m², w którym w latach 1942 -1944 ukrywało się osiem osób żydowskiego pochodzenia: rodzina Frank (Anne, jej starsza siostra Margot, rodzice), państwo van Pels z synem Peterem i znajomy Fritz, mężczyzna w średnim wieku, z zawodu dentysta, z którym Annie przyszło dzielić pokój.
Nas, zorganizowaną grupę szkolną, najpierw czekała lekcja muzealna.
Kustoszka wprowadziła dzieci w kontekst sytuacji wykorzystując oś czasową, archiwalne zdjęcia i nagrania.
W wielkim skrócie: po przegranej I wojnie światowej w Niemczech zapanował kryzys ekonomiczny, głód, bezrobocie, frustracja. Za klęskę (i w ogóle za wszelkie zło) obwiniono Żydów. Ludzie bardzo potrzebowali nadziei na odbudowanie potęgi państwa niemieckiego, dlatego gdy pojawił się złotousty Adolf Hitler ze swoimi obietnicami – uczepili się propagandy jak tratwy ratunkowej. Wszyscy wiemy, do jak tragicznych skutków to doprowadziło!
Czarno–białe rodzinne zdjęcia jeszcze nie zapowiadały dramatu.
Przeciwnie: Anne – słodko śpiące niemowlę w ramionach mamy, Anne z siostrą, z misiem, z dwiema najlepszymi przyjaciółkami, Anne w stroju kąpielowym i jeżdżąca na łyżwach po zamarzniętym kanale, ciekawa świata uczennica w szkolnej ławce…
Anne żyła pełnią szczęścia, w kochającej się, dobrze sytuowanej rodzinie. Żyła całkiem zwyczajnie, o ile nie lepiej.
Dopóki naziści nie odebrali jej szczęścia i zwyczajności. Łamali jej wolność, kawałek po kawałku: Żydom wstęp wzbroniony do ZOO, do kina, na plażę, do sklepu. Żydzi nie mogą posiadać zwierząt domowych, rowerów, przyjaciół. Żydzi są obowiązani nosić gwiazdę przyszytą do ubrania… Żydzi…
Było coraz to gorzej.
Aż w końcu Otto Frank z żoną Edith podjęli decyzję o opuszczeniu Amsterdamu, a w istocie przeprowadzili się do oficyny na tyłach fabryki Opekta.
Oczywiście ukradkiem, w tajemnicy.
Zamieszkali tam w osiem osób. Takie przedsięwzięcie nie byłoby możliwe bez pomocy zaufanych osób z zewnątrz, odważnych i lojalnych przyjaciół. Współpracownicy Ottona Franka, ryzykując własnym życiem, dostarczali żywność ukrywającym się, a poza jedzeniem również książki, wiadomości, słowa otuchy.
Po wprowadzeniu w temat i naświetleniu sytuacji wojennej w Holandii, otrzymaliśmy wygodne i proste w obsłudze, digitalne przewodniki.
Wchodząc do kolejnych pomieszczeń, należało „odbić pilota” w oznaczonym miejscu, a wówczas usłyszeliśmy komentarz. Dziewczęcy głosik, dziecięca perspektywa, prosty język czyniły opowieść przejmująco wiarygodną, jakby sama Anne Frank oprowadzała nas po mieszkaniu.
Ogromne wrażenie robi wejście do oficyny, zasłonięte regałem z książkami.
I pomyśleć, że ta ruchoma biblioteczka przez dwadzieścia pięć miesięcy ratowała ludzkie istnienia! Szafa się otwiera niemal jak do świata Narnii, tylko po drugiej stronie nie czeka baśniowa przygoda, lecz brutalna przeszłość.
Wysoki próg, strome schody, wąski korytarz. Wejście korkuje się. Trzeba iść gęsiego. Nawet największe łobuziaki zachowują powagę.
I już jesteśmy w „mieszkaniu”. Pierwsze piętro zajmuje rodzina Frank. Najpierw wchodzimy do pokoju rodziców i Margot, a za chwilę znajdujemy się w pokoju Anne Frank, najsłynniejszym pomieszczeniu muzeum.
To tutaj pisała pamiętnik. Tu snuła młodzieńcze marzenia. Tęskniła za wolnością. Złościła się na współlokatorów. To tutaj. Żółta tapeta upstrzona jest naklejkami i posterami. Chciałabym zatrzymać się dłużej, ale nie… możemy. Czekają kolejni zwiedzający, trzeba poruszać się sprawnie.
Wchodzimy na drugie pięterko, zajmowane przez rodzinę van Pels.
Mamy tu kuchenkę, obok niej stał duży stół, przy którym mieszkańcy oficyny gromadzili się na posiłkach i rozmowach. Jeden pokój zajmowali rodzice, w drugim mieszkał ich syn Peter. Anne podkochiwała się w chłopaku i często u niego przesiadywała. Z pokoju Petera można było wspiąć się po drabince na strych, co młodzi robili często, mimo ostrzeżeń dorosłych.
Na strychu znajdowało się okienko. Kawałek świata zewnętrznego. Światło w mroku. Z zapisków Anne wiemy, jak wielką przyjemność sprawiał jej i Peterowi widok nieba, gałęzi kasztanowca, mew, a nocą – gwiazd i księżyca.
I… to już wszystko.
Jeśli ktoś spodziewał się, że zastanie dom Anne Frank umeblowany i kompletnie wyposażony, gotów poczuć zawód. Pomieszczenia są praktycznie puste. Jedynie podłoga jest autentyczna, ściany, drewniane stropy sufitów, kuchenka, toaleta, framugi okien… I oczywiście dziennik, TEN DZIENNIK, w sztywnej okładce, w czerwono – białą kratę.
W każdym pomieszczeniu znajduje się wizualna rekonstrukcja oryginalnego wystroju. To musi wystarczyć. Dlaczego nie ma więcej? Po pierwsze, gdy kryjówka została zdemaskowana, naziści ją splądrowali, wyrzucili meble i inne przedmioty. Cudem Miep Gijs ocaliła zapiski Anne.
Po drugie – pomieszczenia są ciasne, wręcz klaustrofobiczne – gdyby jeszcze ustawić w nich łóżka, szafki, krzesła – zabrakłoby miejsca dla zwiedzających, a w każdym razie poruszanie się byłoby mocno ograniczone.
Stąd obecne rozwiązanie: kompromis.
Aby oddać codzienność „niewidzialnych” mieszkańców okna kryjówki pozostają zasłonięte, w pomieszczeniach panuje półmrok. Tym bardziej usprawiedliwiona wydaje się potrzeba Anny i Petera, by z okna na strychu podglądać skrawki nieba.
Anne, jak każda młoda dziewczyna, miała głowę pełną marzeń.
Nie siedziała bezczynnie wyczekując końca wojny, lecz pomagała w kuchni, sprzątała, czytała książki, uczyła się francuskiego, odrabiała lekcje.
Marzyła o dobrej przyszłości, o jakiejkolwiek przyszłości.
Tymczasem przyszłość jej odebrano.
Dorośli – omamieni żądzą władzy, demonem pieniędzy, manią wielkości ograbili Anne z dzieciństwa, z młodości, ograbili z dojrzałości i z wieku podeszłego.
Tylko jedno marzenie dziewczynki się spełniło.
Chciała zostać dziennikarką bądź pisarką, wybitną pisarką. I została.
“Dziennik” Anne Frank sprzedaje się w milionach egzemplarzy. Przetłumaczony na kilkanaście języków, znajduje się wśród książek wszechczasów.
To jakaś pociecha. Choć marna.
Osiem osób przeżyło w ukryciu ponad dwa lata dzięki dobroci i odwadze przyjaciół. Osiem osób straciło życie, bo ktoś ich zdradził. Kto?
To pytanie nadal pozostaje otwarte. Nie wiadomo. Anonimowy donosiciel? Przypadkowy świadek? Parę lat temu w Holandii ukazała się książka „Het verraad van Anne Frank” (Kto zdradził Anne Frank?”) Rosemary Sullivan, w której padła hipoteza obciążająca notariusza żydowskiego pochodzenia, jednak z braku dowodów winy, książkę wycofano z rynku.
Kto zdradził Anne Frank? – prawdopodobnie już nie dowiemy.
Zresztą ta wiedza i tak nie zawróci koła historii. Nie cofnie tragedii.
Po donosie – mieszkańców oficyny, przetransportowano bydlęcymi wagonami do obozów koncentracyjnych, m. in. do Auschwitz.
W lutym lub marcu 1945 r. (praktycznie tuż przed końcem wojny) Anne i Margot zmarły na tyfus w Bergen-Belsen.
Z ośmiorga mieszkańców oficyny przeżył jedynie Otto Frank.
Jego żona zginęła w Auschwitz, a Otto po powrocie do Amsterdamu codziennie szedł na Dworzec Centralny, by szukać córek. Rozmawiał z przyjezdnymi, wypytywał, tropił ślady. Możemy się domyślić, że gdy poznał prawdę, jego świat się rozpadł, ponownie.
Gdy Miep Gijs, pracownica i przyjaciółka Ottona, przekazała mu pamiętniki Anne, które jakiś cudem uratowała po splądrowaniu oficyny przez hitlerowców – Otto zatopił się w lekturze i wspomnieniach.
Był zdumiony głębią przeżyć młodszej córki, a jednocześnie zszokowały go jej negatywne wypowiedzi o matce. Początkowo kategorycznie odmawiał zgody na publikację, jednak koniec końców, po paru dokonanych przez siebie poprawkach, zdecydował się upublicznić dziennik, jako dowód Holokaustu. Aczkolwiek – znów!, żeby nikt nie czuł się „zawiedziony”, należy pamiętać, że są to zapiski dziecka!
Anne nie koncentruje się na historii i polityce, lecz na codzienności w kryjówce, na relacjach rodzinnych i sąsiedzkich, na sprzeczkach, trudnościach, niesnaskach.
Pisanie miało dla niej charakter terapeutyczny.
Traktowała je zwierzenia kierowane do wyimaginowanej przyjaciółki Kitty.
Przelewała na papier targające nią emocje, żale, napięcie, frustracje, gniew. Nie mogła wykrzyczeć swojej złości i w żaden inny sposób jej uzewnętrznić, bo przecież się ukrywali, musiała „siedzieć cicho.” Jedynie pamiętnik mógł krzyczeć.
Sięgnę po niego. Teraz przeczytam już nie dzieciom, a sobie. W całości. Bez opiniowania. W dowód pamięci i szacunku.
Moi Drodzy, a Wy czytaliście może „Dziennik” Anne Frank?
Słyszeliście tę historię? A może znacie podobne?
Przepiękna opowieść, aż dziwne, ale nie czytałam tego dziennika. Wizyta w tym muzeum, to świetna lekcja dla uczniów, nawet gdy tylko jeden wyniesie z tego cos dla siebie, to już sporo. Czytam, że po latach, ta wizyta i na Tobie wywarła nie mniejsze wrażenie…
PolubieniePolubienie
Nie czytałam pamiętnika Anny ale znam tę historię. I w liceum (czasy PRL) byłam ze szkolną wycieczką w Auschwitz (wtedy – Oświęcim). W dodatku odsłonięto tam pomnik i na maturze jednym z trzech tematów było uzasadnić słowa polityka z tej okazji wygłoszone. A że po wycieczce przeczytałam wszystkie dostępne w bibliotece publicznej książki o obozie wybór był oczywisty. Teraz już nie jestem w stanie ani czytać, ani oglądać filmów o tej tematyce.
PolubieniePolubienie