EDK – noc, w której spotkałam Anioła

WhatsApp Image 2026-03-25 at 21.54.32

To była noc, która miała nas złamać. Złamała.
Pierwszy raz odważyłam się wziąć udział w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Wiedziałam, że będzie ciężko. Wiedziałam, że idzie się nocą, w milczeniu, że do pokonania jest 40 km i będzie bolało. I że to nie jest wycieczka turystyczna, wyczyn sportowy, impreza biesiadna.
Ta noc ma być nowym początkiem. Nocą przemiany.

Jak tylko podjęłam decyzję, że idę, od razu zaczęłam się bać.
Wszystkiego naraz, tych kilometrów, ciemności, ale chyba najbardziej – braku snu.
Po zarwanej nocy, robię się nie do życia! A nigdy nie zarywam całej, najwyżej połowę i to też przy wyjątkowych okazjach. Czy dam radę dotrzeć do celu? A jeśli nie?
Cóż, nie dowiem się, póki nie spróbuję. Po prostu trzeba zrobić pierwszy krok. Potem drugi, trzeci. Kolejny… Iść, dopóki można.
W Amsterdamie Ekstremalna Droga Krzyżowa rozpoczynała się mszą świętą, o dziewiętnastej w kościele Pauluskerk, w piątek, 21 marca.
Dzień był ciepły, ozłocony wiosennym słońcem, które (jak się później okazało) uśpiło naszą czujność (w sensie moją i Igotaty). Zapakowaliśmy termos z herbatą, kanapki. Igotata zamówił nam czołówki i kamizelki odblaskowe. Włożyliśmy wygodne buty trekkingowe, ja w moich szłam kiedyś do Santiago de Compostela, Igotata wędrował po Islandii. Buty były odpowiednie, za to reszta – bynajmniej!
Do dziś nie rozumiem, jak to się stało. Wiedząc od organizatorów, że temperatura w nocy spadnie do 3 stopni – włożyliśmy letnie kurtki. I oczywiście nie pomyśleliśmy o szaliku, czapce, termicznej bieliźnie. Wiecie, wychodząc z domu, odruchowo sięgnęłam po apaszkę, ale zaraz ją odłożyłam. Apaszka? Po co? Będziemy cały czas w ruchu, tylko się spocimy, a potem będziemy dźwigać niepotrzebne ciuchy. Jakże się myliliśmy!
Już gdy wysiadłam na stacji w Amsterdamie, wstrząsnął mną dreszcz.
Słońce chyliło się ku zachodowi, powietrze nabrzmiewało chłodem.
Podczas mszy nasz kochany ksiądz Krzysztof wygłosił piękne, motywujące kazanie, a przed wyruszeniem na szlak wspierał pielgrzymów uśmiechem, życzliwym słowem i gestem.
No i wyruszyliśmy. W ciszy. Tylko Amsterdam krzyczał.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak głośne potrafi być miasto w piątkowy wieczór!
Warkot silników, wizg opon po asfalcie, klaksony, dzwonki rowerów, muzyka dolatująca z kawiarni i działek, gwar rozmów, śmiech, szczekanie psów.
A najwięcej decybeli zdecydowanie wytwarzały samoloty.
W ciemności słychać je znacznie bardziej. Mknący po niebie huk.
Początkowo czołówki i latarki nie były potrzebne. Amsterdam żarzył się milionem świateł.

da2dbbfe-b3f0-41ee-9a7d-61560c2edf74

Szyldy, neony, latarnie. Okna mieszkań, niderlandzkim zwyczajem – bez firan, odsłaniały mieszkańców w przytulnych pieleszach salonów, na wygodnych kanapach.
Błyskały ekrany telewizorów, w szczelinie mojego umysłu błysnęła myśl: „I na co ci to? Nie lepiej było też zostać w domu?” Zgasiłam ją w zalążku.
Próbowałam zajrzeć w głąb swego serca, ale Amsterdam mnie rozpraszał.
Przypominał ośmiornicę pogrążoną w pulsującym tańcu. Szliśmy po ulicach jej ramion.
Ramiona kurczyły się i rozkurczały, jak w transie. Chciały nas uwięzić przyssawkami. Nie wypuścić z macek.
A jednak udało nam się uciec.
Gdy tylko wydostaliśmy się na przedmieścia, ośmiornica straciła zainteresowanie nami.
Szliśmy wzdłuż pól i wiosek. Miejski gwar zmieniał się we wspomnienie. Rosła ciemność.
Latarki się przydały!
Mniej zewnętrznych rozpraszaczy pozwalało zanurzyć się w swój umysł, zanurkować na głębinach, może tam jest Bóg?
Zatrzymywaliśmy się czternastu stacjach drogi krzyżowej.
Na każdej czekało słowo. Rozważanie przygotowane specjalnie dla EDK, uwzględniające nasze potrzeby, narastające zmęczenie, ewentualne kryzysy, galop myśli, świadectwa pielgrzymów.
Stacje odbywały się w ciszy – każdy czytał rozważanie w aplikacji na telefonie lub słuchał przez słuchawki. Wyjątkiem była stacja 12 – Jezus umiera na krzyżu, którą poprowadził nasz ksiądz. To już były okolice czwartej nad ranem.

1331eaf8-14bb-408c-b6f6-f2b94bb5fbdf

Ale kryzys dopadł mnie wcześniej. Nie pamiętam, przy której stacji. Chyba po zejściu z promu, bo w pewnym momencie musieliśmy przeprawić się promem, nie było innej drogi. Taki bonus, okazja, by chwilę odsapnąć. Komu dopisało szczęście, załapał się nawet na krzesełko.
Stałam przy burcie, śledziłam oddalający się brzeg i czułam jedynie narastające zimno.
Trzęsły mi się kolana, drżały usta. Miałam wrażenie, że moje ciało wyściela cieniutka powłoka lodu. Żałowałam, że nie wzięłam watowanej kurtki, termicznej koszulki, ciepłych getrów. Albo chociażby tej apaszki! Tak bezmyślnie ją odłożyłam.
Dlaczego byłam taka nieroztropna? Co miała mi pokazać ta sytuacja?
I zrozumiałam: utknęłam w lodzie. Od kilku lat żyję w trybie zamrożenia.
Blokuje mnie lęk, poczucie, bycia niewystarczającą, perfekcjonizm, że zawiodę, nie umiem, kogoś rozczaruję.
Może o to chodziło, bym przemarzła do szpiku kości, do swoich granic, bym w końcu dostrzegła swój lód i go roztrzaskała?
To była moja jaskinia mroku.
I wtedy pojawiał się anioł. Miał na imię Ania i plecak z przypiętym, niebieskim szalem, który łopotał w rytmie marszu niczym żagiel. Gruby flauszowy szal magnetyzował mój wzrok.
„Gdy już nie dam rady walczyć z zimnem, poproszę Anię o ten szal, choć na jedną stację” – ta myśl dodała mi otuchy. Odtąd trzymałam się blisko Ani i jej szala, tak na wszelki wypadek, jakby szal przywiązał mnie do siebie niewidzialnym supłem. Choć nie przypuszczałam, że odważę się kiedykolwiek o niego poprosić. Chyba że już będzie bardzo źle. Na razie wytrzymam. Później…

Wiecie, co się stało? Ania odwróciła się. Spojrzała na mnie i spytała, czy nie jest mi zimno. Pokiwałam głową, że tak, bardzo. A wtedy ona, bez wahania, odpięła szal z plecaka.
– Weź moje ponczo, sama je uszyłam. – Podała mi szal, który okazał się ponczem.
Wyobraziłam sobie Anię, jak staje na długiej drabinie i wielkimi nożycami wykrawa z nieba prostokąt, w którym potem wycina otwór na głowę.
Otuliła mnie kawałkiem nieba i tylko dzięki temu mogłam ruszyć dalej. Rozgrzałam się. Mój wewnętrzny lód skruszał. Zaczął pękać z trzaskiem. Odpadały ze mnie całe kry, a potem topniały na drodze zmieniając się w kałuże.
Gdyby nie wcześniejsze słowa księdza Krzysztofa: „to będzie niezwykła noc, ale nie magiczna”, pomyślałabym, że ponczo Ani ma czarodziejską moc.
Noc stawała się ciemniejsza. Nad łąkami hulał wiatr, z kanałów unosiła się wilgoć.

5f1f2816-acf0-4b30-a3f5-b844f0919c23

Samoloty przestały latać. Ptaki toczyły nocne dysputy; ciemność gęgała, krakała, pohukiwała.
Nawiedziła mnie „głupawka”. Rozwijałam w głowie skrót EDK na wszelkie możliwe sposoby. Szczególnie jedna kombinacja przypadła mi do gustu, więc ją (oczywiście tylko w myślach) sylabizowałam, wymawiałam w różnych intonacjach: głośno, cicho, żałośnie, radośnie, jako pytanie, rozkaz… aż się zmęczyłam! Aż wszystkie myśli rozpierzchły się na cztery strony świata i doświadczyłam stanu bezmyślności, który okazał się stanem nader odprężającym.
Niestety nie trwał długo, bo znów odezwało się ciało.
Stopy poskarżyły się na odciski i pęcherz. Łydki zajęczały, że spuchły. Uda zaczęły udowadniać, że one wykonują tu największą robotę, na co plecy gorliwie zaprotestowały.
Szyja przypomniała, że przecież ona boli już od rana (fakt, pechowo obudziłam się z dziwnym przykurczem…). Po chwili całe ciało lamentowało.
Skandowało: Do łóżka, do łóżka! Chcę otulić się puchową kołderką. Kto to widział, żeby po nocach chodzić! W nocy się śpi.
Biadoliło, biadoliło, ale gdy zorientowało się, że biadolenie nic nie daje – ucichło.
Zamilkły stopy, łydki, uda, plecy, szyja. Bolały w milczeniu.
Droga krzyżowa boli. Ekstremalna boli tym bardziej. Życie boli.
Masz iść tak długo, aż zapomnisz kim byłeś. Z nadzieja wejdziesz w świt.
O szóstej rano w kaplicy Matki Bożej w Potrzebie w Heiloo spotkaliśmy się na modlitwie.

WhatsApp Image 2026-03-25 at 21.35.19

Gdy uklękłam w ławce, myślałam, że nie wstanę!
A to jeszcze nie koniec! Trzeba było jakoś wrócić do domu. Dotelepać się na dworzec w Heiloo i czekać na pociąg, nie wiadomo jak długo.
I znów przyfrunął mój anioł. Ania od chabrowego poncha.
Mąż przyjechał po nią i po córkę, mają miejsce w samochodzie, możemy się z nimi zabrać do Amsterdamu Lelylaan.
Jak przyjemnie się jechało samochodem! Przytulne wnętrze, nie trzeba chodzić. Luksus!
Luksus do samej stacji Lalylaan.
Pożegnaliśmy się, oddałam Ani poncho, wpadliśmy z Igotatą w chłód budzącego się Amsterdamu. Wspinaliśmy się schodami na peron, a każdy schodek – każdy krok wiązał się z bólem mięśni. Na odkrytej platformie wiatr hulał jakby się wściekł.
Pociąg do naszego miasteczka odjeżdżał… za pół godziny.
To było wyjątkowo długie pół godziny! Bez poncha, z wściekłym wiatrem, pustym termosem, zbolałymi stopami, w wilgoci poranka.
Potem jeszcze jazda autobusem z dworca i ostatnia prosta: spacer z przystanku do domu, który też się dłużył, jak nigdy przedtem.
W domu kolejna przeszkoda do pokonania: schody na piętro.
I w końcu łóżko, najmilsze w świecie! Spaliśmy do trzynastej.
A potem lizaliśmy rany, siedząc na kanapie z książkami, jak dwa poturbowane kundle.
A przecież i tak mieliśmy szczęście do pogody. Nie padało! Nie śnieżyło. Nie szliśmy pod wiatr. Naprawdę pogoda dopisała.
W niedzielę czuliśmy się już całkiem dobrze, a teraz – po pięciu dniach – mam wrażenie, że moglibyśmy powtórzyć to doświadczenie.
Żartowałam. 😉 Jeszcze nie.

9d1e8b63-c84c-4cf1-90e1-127a3f171c4a

Ten wpis został opublikowany w kategorii Holandia, wiatrakowa codzienność, wiatrakowe zwiedzanie i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to EDK – noc, w której spotkałam Anioła

  1. Kaaia's awatar Kaaia pisze:

    aż mi popłynęły łzy ..

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz