Wczoraj byłam w Gdańsku. Na jeden dzień, jedną kawę, jeden spektakl, jeden spacer, długi spacer. A wszystko z tej przyczyny, że Igotata zaczął urlop (w końcu!) i mógł do Polski przylecieć. Gdańskie lotnisko jest nam najbliżej, choć wcale nie blisko.
To był długi dzień. Wstałam skoro świt.
Czterdzieści minut marszu na dworzec przez miasto rodzinne, jeszcze pogrążone w półśnie.
Potem dwie i pół godziny w pociągu i oto jest Gdańsk. A w Gdańsku deszcz i Igotata. I znacznie więcej. a Bałtyku piętrzą się fale morskie, na chodnikach Starego Miasta – ludzkie. Wszędzie dzikie tłumy i w sumie nic dziwnego, bo to wakacje i niedziela, i jeszcze Jarmark Dominikański – gdy na jedno miasto nakłada się drugie, dominikańskie, z szeregami drewnianych straganów, ramię przy ramieniu, ściana przy ścianie.
Stoiska pachniały niemożebnie, wabiły wzrok rękodziełem i o czym marzysz, ale nie one były naszym celem, toteż prześlizgiwaliśmy się między nimi zaledwie.
Naszym celem było spotkanie.
Naszym celem była wizyta w Teatrze Wybrzeże, bo skoro trafiła się okazja, że znaleźliśmy się w mieście, które POSIADA TEATRY, to my – emigranty wyposzczone kulturalnie, złaknione polskiej mowy, piosenek, twarzy – musieliśmy przeto skorzystać z polskiego dobrodziejstwa kulturalnego, rady inszej nie było. ![]()
A jako że spektakl ruszał dopiero o siedemnastej, to przedtem czas sobie umilaliśmy spacerując Długą, Szewską i Pańską, wzdłuż Motławy i po wyspie Ołowiance.
Tym razem bez muzeów, bez Google maps.
Ot, by zanurzyć się w atmosferze hanzeatyckiego miasta, poczuć jego ducha, co najwyżej wypatrzyć krogulce warujące przy pięknych kamienicach, przypadkiem (ale tylko przypadkiem) natknąć się na figurki lwiątek Hewelionów i pogłaskać spłowiałe grzywy z brązu na szczęście.
Na mszę zaszliśmy do Bazyliki Mariackiej, a tam serca nam ze wzruszenia drżały, gdyż na sumie byli obecni dwaj powstańcy warszawscy i najpierw jeden złożył swoje świadectwo przy ołtarzu, a potem obaj – wiązankę przy grobie prezydenta miasta, Pawła Adamowicza.
A to jeszcze nie koniec wzruszeń!
O siedemnastej zajęliśmy miejsca na widowni Teatru Wybrzeże.
Zaczęło się przedstawienie: „Romeo and Julia is not dead”, na motywach dramatu Szekspira.
Przejrzeliśmy wcześniej opinie w internecie, były różne, oscylowały od zachwytu po niesmak czy wręcz oburzenie. A nam się podobało!
Michał Siegoczyński, reżyser i scenograf, ożywił i odbrązowił kochanków z Werony wrzucając ich do współczesnego świata. Niech sobie radzą młodzi. No to sobie radzili. Imprezy w nocnym klubie disco, młodzieżowy slang, potyczki rodzinne i mafijne…
Julka przed randką wciąga kreskę i goli nogi. Romeo chodzi z karabinem i wygłasza monolog: „Być albo nie być, kurwa, wiem to nie ta sztuka, ale tak teraz mam ten życia dylemat, oto jest pytanie.”
Pojedynek Tybalda z Medocjem a la homoseksualna scena miłosna. I jeszcze ekscentryczny ksiądz Laurenty, przechadzający się zmysłowym krokiem z monstrancją, w różowych spodniach i cekinowych butach, w świcie pięknych pań. Rozdaje komunię (a może tabletki ekstazy?), a potem rozbiera się i wskakuje do łoża, w którym już się przeciągają jego pomagierki. Cóż…
Przedstawienie na pewno szokuje i burzy schematy!
Prostytutka ma tę samą twarz co Matka Boża.
Pijana matka Romea, słaniając się na nogach, bełkocze, że pije z miłości do syna, z nieustannego zamartwiania się o niego, i z traumy dzieciństwa jeszcze.
Maryja w błękitnej szacie i w aureoli opowiada o miłości do Jezusa i deklamuje Hymn o miłości, a potem zostaje zgarnięta z ulicy przez żołnierzy.
W spektaklu klasyka miesza się z nowoczesnością, forma zaskakuje i – owszem! – początkowo może budzić sprzeciw (choćby te wulgaryzmy!), ale gdy widz otworzy umysł, otworzy go szeroko, dla sztuki otworzy, to dostrzeże w tym wszystkim sens i artyzm.
I wtedy ucieszy się widowiskiem.
A aktorzy starają się jak mogą, tańczą, śpiewają też popularne szlagiery.
W dodatku na bilbordzie możemy śledzić zbliżenia twarzy bohaterów i ich emocje.
Spektakl jest eksperymentem na wielu płaszczyznach, ale to dobrze!
Nie zrozumcie mnie źle: nie chodzi o to, by teraz wyrzucić klasykę do lamusa, zamknąć ją w skrzyni na strychu, najlepiej od razu na cztery spusty, i nie otwierać. Przeciwnie: otwierać! OTWIERAĆ!
Niech żyje klasyka, niech odŻYJE, niech ma się dobrze! A będzie się mieć dobrze między innymi wtedy, gdy artyści znajdują w sobie odwagę, by się nią bawić, czerpać z niej i robić krok do przodu, kreować nowe wersje.
O właśnie! A propos nowych wersji: całe przedstawienie momentami przypominało labirynt, z mnóstwem odnóg, czyli hipotetycznych przebiegów wydarzeń. Z mnóstwem gdybań i znaków zapytania.
Gdyby Romeo i Julia nie zażyli trucizny i nie umarli, to… To co wtedy?
Prawdopodobnie wzięliby ślub, urodziłoby im się dziecko, prześliczna córeczka, Julcia oczywiście, a potem… a potem szczęście zaczęłoby się kruszyć jak herbatnik w rączkach Julci i… i byłby rozwód. Takie życie. Nieco cyniczne.
Więc może, skoro miłość ma przetrwać, to Romeo i Julia muszą zginąć, w dodatku młodo?
Bo czy można ocalić miłość we współczesnym świecie, z rodzinami skłóconymi, z rodzinami patchworkowymi, w świecie znieczulonym używkami… ? Oto jest pytanie.
Nie zauważyłam, żeby ktokolwiek wyszedł ze spektaklu. Przeciwnie, w kuluarach słyszeliśmy same pozytywne opinie odnośnie zamysłu reżysera, idei, gry aktorskiej, scenografii, muzyki…
Owacje były na stojąco.
Prosto z teatru pobiegliśmy na pociąg.
Deszcz nie miał nad nami litości, jakby chciał nas ubiczować. Zmarzliśmy strasznie, do domu dotarliśmy po północy, ale i tak było warto. Pewnie że warto!
Och, znowu tęsknota za Gdańskiem! kiedyś we Wrocławiu odpuściłam sobie muzea i wystawy, by chłonąc właśnie atmosferę miasta!
Do twarzy Wam z Gdańskiem:-)
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
Jotko, bo we Wrocławiu i Gdańsku uliczki są tak urokliwe, że wystarczy tylko spacerować, nic więcej. Pogapić się na fasady kamienic, na witryny sklepów, na ludzi dookoła i po prostu delektować się atmosferą.
Jest trochę takich miast. 😉
Miast, w których turystom „jest do twarzy”. 🙂
Podoba mi się ten zwrot, biorę i dziękuję. 🙂 🙂 🙂
PolubieniePolubienie
W Gdańsku byłem raz. Przepiękna Starówka i owszem, zachwycające kamieniczki i Archikatedra… Ciekawe, czy uda się jeszcze tam wrócić? Cieszę się bardzo, że tak pięknie spędziliście czas 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Oby udało się wrócić!
Celcie, z wiadomych nam przyczyn, rzadziej masz okazję zmienić otoczenie, dlatego tym bardziej doceniasz każdy wyjazd i się nim bardziej cieszysz niż przeciętny wycieczkowicz.
Trzymam mocno kciuki za Twoje podróże.
Najmocniej pozdrawiam.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Gdańsk zawsze ma coś do zaoferowania, a takie spontaniczne wypady sprawiają, że czuje się jego puls w każdym kroku. Co do spektaklu – świetnie, że teatr podejmuje ryzyko i wychodzi poza klasyczne ramy. Takie nowoczesne, kontrowersyjne interpretacje klasyki mogą szokować, ale także zmuszają do refleksji. Zgadzam się, że warto otwierać umysły na nowe wersje znanych historii, bo to właśnie daje im życie. W końcu, jak zauważyłaś, bez tego stają się zamknięte w przeszłości.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No, dokładnie tak jest. Wiesz, nawet teraz świeżo po tej nowatorskiej interpretacji „Romea i Julii”, mam ochotę wrócić do oryginału.
Ot tak, by przypomnieć sobie fabułę, bohaterów i ogólny klimat dramatu Szekspira. Na fali doznań i emocji ze spektaklu, na nowo zainteresowałam się klasyką. To chyba dobrze, prawda? 🙂
PolubieniePolubienie
Zdecydowanie dobrze – to jedna z największych wartości współczesnych reinterpretacji: potrafią na nowo uruchomić w nas ciekawość klasyki. Czasem dopiero dzięki kontrastowi między oryginałem a nową wersją dostrzegamy, jak uniwersalne są pewne motywy i jak różnie mogą wybrzmiewać w zależności od kontekstu. Taka podróż między dawnym a współczesnym potrafi naprawdę poszerzyć perspektywę. 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Oj, tak. 🙂 Na pewno.
PolubieniePolubienie
No proszę…. Taki krótki pobyt w Gdańsku a tyle wrażeń.
Zatęskniłam za Gdańskiem, ale nie mogło być inaczej skoro tak pięknie i z uczuciem napisałaś o wszystkim co w tym mieście przeżyłaś.
A spektakl bardzo chciałabym obejrzeć.
Stokrotka
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Stokrotko, spektakl był ciekawy i nowatorski, a poza tym wizyta w teatrze to dla nas zawsze rarytas, gdyż rzadko mamy okazję w nim bywać.
Do Gdańska warto się wybrać – dla mnie to był jeden dzień, ale za to długi i intensywny. Wczesna pobudka, podróż, dużo chodzenia sprawiło, że jak już usiedliśmy w teatrze, to dopadło mnie takie zmęczenie, że aż głowa mi opadła do drzemki.
Na szczęście spektakl zaczął się tak dynamicznie, z rozmachem, przytupem, że zaraz się obudziłam i senność całkowicie mi przeszła. 😉
PolubieniePolubienie
Nie mam zdjęć ze swojej obecności w Gdańsku, ale pewnie w nim byłam jakieś 35 lat temu, bo matka miała na wybrzeżu wielu kuzynów, których lubiła odwiedzać. Jednak na Jarmarku nie byłam, tego jestem pewna. Co do spektaklu, to inaczej odbiera się najlepszą nawet recenzję(a Twoja jest świetna), a inaczej gdy samemu się uczestniczy jako widz. Osobiście jestem tradycjonalistką, ale może unowocześnianie klasyki jest kluczem do zainteresowania nią młodzieży. Pozdrawiam serdecznie.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
Iwonko, ja tak samo! 🙂
Też jestem tradycjonalistką, cenię klasyczne utwory, mam do nich sentyment i szacunek. Ale czasy bardzo się zmieniają, gusta młodych pokoleń są inne niż nasze, również potrzeby pojawiły się nowe.
I w sumie dobrze, że oryginalne dzieła odżywają w nowych wersjach i interpretacjach. I wciąż inspirują.
Nowatorskie próby mogą się podobać, mogą się nie podobać, niekiedy (jak tutaj) mogą nawet oburzać, ale to znaczy, że coś tam poruszyły w odbiorcy, zasiały jakieś wątpliwości, zapytania np. o kontekst, może pobudziły apetyt „na więcej” i wówczas odbiorca zechce zasięgnąć „u źródła”, po oryginał.
I niech sięga, pewnie. 🙂
Pozdrawiam i PRZEPRASZAM, że tak późno odpowiadam, Iwonko.
PolubieniePolubienie