„Pani się nie przyłożyła”. Utknęło we mnie to zdanie jak ość w gardle. Penetruje zakamarki umysłu, snuje się wewnętrznymi korytarzami, jak jakiś nawiedzony duch. Naciska klamki drzwi do kolejnych pokoi, do jednych zajrzy, inne obojętnie minie, przejdzie dalej, aż zmęczy się i zatrzyma gdzieś na drzemkę.
Czasem śpi długo. Przygniecione warstwami innych zdań.
Bywa, że o nim zapomnę na jakiś czas, nim zbudzi się i wstanie z popiołów niczym feniks – wyspane, rumiane, jeszcze bardziej żywotne.
Lubi przebieranki. Niczym mała dziewczynka mierzy suknie wyjęte z maminej szafy. Ubrania nadają zdaniu tożsamość. Czasem ciężko rozpoznać pierwowzór.
– Pani się nie przyłożyła. – W białej sukni brzmi neutralnie, w sumie całkiem niewinnie.
– Pani się nie przyłożyła. – Spowite w czerń dołuje pesymizmem.
Aż ja, adresatka zdania, z rozpaczy i wstydu chcę się zakopać w szafie ze starociami na strychu. Lecz… nie mam strychu. Starocie – już tak, te zawsze się znajdą.
W pomarańczowej sukience zdanie wydaje się mniej groźne:
– Pani się nie przyłożyła, ale proszę się tak nie przejmować! Wszystko będzie dobrze.
– Pani się nie przyłożyła? – Niebieski mundurek, oczy zaokrąglone ze zdziwienia. Doprawdy? Co też się stało? To do pani niepodobne!
I wtedy wchodzi ono, tym razem w krwistej czerwieni. Wyciąga palec uzbrojony w szkarłatny tips, idealny, by celować nim oskarżycielsko:
– Pani się nie przyłożyła! Skandal!
Ton władczy, z domieszką pogardy i szyderstwa. Z naciskiem na „pani”, z naciskiem na „nie”.
A może być też zdanie spokojne i łagodne, w szmaragdowej haleczce rusałki. Siedzi sobie na kamyku, nad potokiem, duma:
– Pani się nie przyłożyła… Dlaczego tak się stało? Skąd ten brak przyłożenia?
Albo nonszalanckie, z papierosem w ustach: – Pani się nie przyłożyła, i co z tego? Nie pani pierwsza i nie ostatnia!
Artystyczne. Bransoletki brzęczą wokół nadgarstków. Fioletowa spódnica do kostek, szyta z falban.
– Daj już spokój z tym przykładaniem się! Lepiej tańcz, tańcz, tańcz! – woła Fioletowa i już wiruje na parkiecie.
A ja zostaję. Wypatruję kolejnego „najścia”, kolejnej odsłony, kolejnego koloru.
Bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Mam dość opiniowania. Zaczynam mieć dość: „pani się nie przyłożyła”.
Bo może czasem samo „przyłożenie się” nie wystarczy? Trzeba czegoś więcej?
Czegoś totalnie z zewnątrz? Okazji? Sprzyjających okoliczności? Szczęścia, czy wręcz farta? Zwykłego farta?
A może chodzi również o to, by się przykładać w określony sposób, w sam raz? Nie za lekko, nie za mocno. I nie cały czas.
Trzeba wiedzieć, kiedy puścić wewnętrzne sprzęgło i wrzucić na luz.
Odczepić się.
Czasem nie wiem, jak żyć by było dobrze. Jak trafiać w balans.
Nie ma czegoś takiego, jak balans w każdej sytuacji. Wprawdzie staramy się, by wszystkim było dobrze, wygodnie, a potem okazuje się to balansem na linie, bo wszystkim nie da się dogodzić. Nie ma recepty na życie, a na koniec, mimo starań, ponosimy porażkę, przy czym świadomość totalnej klęski dołuje każdego dnia. Moja koleżanka, psycholożka wszystkim radzi, by zacząć myśleć o sobie dobrze i widzieć swoje dobro, a nie tylko dbać o innych, a zapominać o sobie i swoich potrzebach. Przyznaję jej rację, a nawet poszłam dalej i sama się dowartościowuję, gdy sprawiam sobie takie małe radości, nawet wtedy, gdy mi znowu nie wyszło. Bo teraz już wiem, że nie zawsze wychodzi, mimo starań, prawda?
Zasyłam serdeczności
PolubieniePolubienie