Ferie spędziliśmy w domu. Tak napisałam w poprzedniej notce. A już po chwili przez głowę przeleciała mi myśl: „Zaraz, zaraz. Ale to nieprawda! Przecież byłaś w Zakopanem. Zapomniałaś? Te spektakularne widoki, ostre górskie zbocza, krzyż na Giewoncie, zaśnieżone szczyty, które z daleka wyglądają jak umoczone w bitej śmietanie. Pamiętasz?”
A ilu wyjątkowych ludzi poznałaś!
I gwary piknej się nasłuchałaś, ale ta gwara cię nie przytłoczyła, było jej w sam raz. Tyle ile trzeba dla lokalnego kolorytu.
Wystarczająco, by znaczenia słów nie zatrzeć, a przeciwnie, jeszcze je wydobyć.
Siedziałaś przy stoliku nakrytym kraciastą ceratą, w barze na Krupówkach.
W kącie szeptało troje przyjaciół, może znajomych. Zwróciłaś na nich uwagę, bo zachowywali się jakoś nerwowo. Każdy z innej parafii: zamyślona dziewczyna Anna, przystojny facet w średnim wieku Bartek i młodziutki chłopak Chrystian. Nic ich nie łączyło. Łączyło ich wszystko. Jakby zawierali pakt z diabłem. Pakt ABC.
Wzbudzali podejrzenia, właśnie dlatego, że usilnie starali się ich nie wzbudzać.
A potem przez Zakopane przeszedł armagedon!
Pojawiły się alerty. Halny się rozszalał. Zwiewał czapki z głów, łamał gałęzie, całe pnie. Doszło do tragedii. A, i jeszcze na mostku stał taki facet, co na niego Lucek mówili! Wyciągał ramiona, przymykał powieki i wsłuchiwał się w wiatr. A potem przepowiadał. Śmierć. Śmierć przepowiadał.
Psy wyły w panice. Zakopane pogrążyło się w mroku i chaosie.
Nie zwariowałam!
I nie konfabuluję, no może troszkę.
Naprawdę odwiedziłam Zakopane, tyle że… literacko.
Za sprawą dwóch książek Marii Gąsienicy–Zawadzkiej, a w zasadzie audiobooków, których wysłuchałam w ferie, w tak zwanym międzyczasie.
To było moje pierwsze zetknięcie się z autorką i na pewno nie ostatnie.
Maria Gąsienica – Zawadzka mieszka w Zakopanem i tam umieszcza fabuły swoich powieści.
Nie pisze przewodników geograficznych i literatury dokumentalnej, lecz fikcję, pochłaniającą jak halny. Gatunek, w którym porusza się pisarka jest najbliższy thrillerowi psychologicznemu i kryminałowi, aczkolwiek jej debiut „Gniew halnego” nie pozwala się tak łatwo zaszufladkować.
Wiatr napiera na szufladę z taką siłą, że robi w niej wyrwę i wymyka się. Podrywa ku innym gatunkom, zahacza o satyrę społeczną, powieść obyczajową, czarny humor, w końcu o realizm magiczny i fantasy. Ale bynajmniej nie tworzy mieszanki wybuchowej! Wnosi powiew świeżości, otwiera umysły, uwodzi.
28 lutego pisarka obchodziła jubileusz – dwa lata od debiutu i… cudowna wiadomość! „Gniew halnego” zostanie zekranizowany!
Podczas czytania z łatwością wyobrażałam sobie scenerię i wyrazistych bohaterów, uprzedzam, szkicowanych mocnym naciskiem ołówka, ale chętnie, a może nawet – tym chętniej – obejrzę wersję filmową.
Chociaż „Gniew halnego” pojawił się pierwszy, akurat ja spotkanie z twórczością pisarki rozpoczęłam od jej najnowszej „Ciemiężycy”.
Zachęciła mnie recenzja Michała Pawła Urbaniaka, zwłaszcza że lubię wątki pisarskie w powieściach.
Tutaj główna bohaterka Anna otrzymuje propozycję napisania książki dokumentalnej o Arabach odwiedzających Zakopane. Wraca do rodzinnego domu, by podjąć się zlecenia i jednocześnie opiekować się matką, która złamała nogę.
Pisanie w rodzinnym domu, naznaczonym traumami i toksycznymi relacjami, nie jest proste. Książka o Arabach ma być pracą zarobkową, ale Anna marzy o napisaniu książki „z duszy”.
Byłby to dramat psychologiczny o kobiecie, która mimo trudnego dzieciństwa, rośnie w siłę i spełnia swoje marzenia.
Czy tak się stanie? Co napisze Anna? Jaką wartość będą miały jej zapiski?
Tego nie zdradzę!
Jeśli jesteście ciekawi, udajcie się do Zakopanego.
Bez biletu, bez rezerwacji. Wyłącznie literacko.
***
Ferie spędziliśmy w domu.
W obliczu tego, co ostatnio dzieje się na świecie, to może nawet lepiej. Na pewno bezpieczniej.
Staram się zachować spokój i ufność w mądrość ludzkości, ale są chwile, gdy ciężko okiełznać niepokój. Oby nie rozszalał się w nas jak halny, ten prawdziwy, nie literacki.
Z wiatrem w książce można się zmierzyć. Z tym, który hula w rzeczywistości, jest już trudniej.
***
A tak w ogóle to najlepsze życzenia dla wszystkich Pisarzy i Pisarek w Dniu Waszego Święta. DZIĘKUJĘ za Wasze historie!
Mam wrażenie, że ludzkość jest coraz głupsza emocjonalnie a przecież halny wieje nie wszędzie i nie zawsze.
PolubieniePolubienie
Tak – empatia, życzliwość, inteligencja emocjonalna i społeczna są na wagę złota. Bardzo potrzeba ich światu.
PolubieniePolubienie
To mnie zaciekawiłaś, lubię powieści, których akcja dzieje się w znanych mi miejscach.
Podróży samolotem tez nie planujemy, wolę niepokój na własnych smieciach!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Tak, ja też lubię wracać w jakieś miejsca literacko, zwłaszcza do tak popularnych jak Zakopane. 😉
Choć w książkach pani Marii Gąsienicy – Zawadzkiej można odkryć Zakopane od strony… hm… nieturystycznej.
PolubieniePolubienie
Tak sugestywnie zaczęłaś pisać, że byłam przekonana, iż osobiście byłaś w Zakopanem w czasie, gdy wiał halny. Taka z Ciebie czarodziejka.
Książkę przeczytam, chociaż naczytałam się mnóstwo na temat tych pouzależnianych wspinaczy górskich. Znam z autopsji przypadek, gdy kobieta w kilka miesięcy po porodzie pojechała w Himalaje, zginęła, zostawiła dwójkę maleńkich dzieci, musiała, nic się dla niej nie liczyło, chociaż jej matka na kolanach prosiła, że dzieci są małe i potrzebują jej obecności.
Zasyłam serdeczności
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Smutna historia! Szkoda dzieci. Z jednej strony cudownie mieć w życiu jakąś pasję, z drugiej – akurat wspinaczka wysokogórska jest bardzo ryzykowna.
Aczkolwiek chyba każdy z nas nosi w sobie nadzieję, że „mnie to się nie zdarzy”. Pewnie tamta kobieta też tak myślała.
Ja zdecydowanie wolę czytać książkę o halnym w Zakopanem niż doświadczać halnego na własnej skórze. 😉
Pozdrawiam, Ultra!
PolubieniePolubienie