Co to był za Dzień Kobiet! Absolutnie wyjątkowy.
Nie uwierzycie, do Amsterdamu przyjechało sześć koleżanek z Polski, z którymi kiedyś pracowałam. Poza Anią, nie widziałyśmy się dwanaście lat. Możecie sobie wyobrazić, jakie to były emocje! Trochę, jakby zajrzeć do studni i zobaczyć w niej odbicie przeszłości. Usłyszeć echo rozmów. A potem wrzucić kamyczek, plum!, zmącić wodę, niech zadrży, zawiruje, rozmaże kontury, aż w końcu uspokoi się i odbije teraźniejszość.
Tak, spotkania po latach niosą w sobie coś szczególnego.
Inne miejsce, inne okoliczności i my… niby takie same, a jednak nie, bo na innym etapie życia. Przez dwanaście lat zdążyłyśmy uzbierać do walizek całe stosy różnych doświadczeń. Koleżanki, które zapamiętałam jako kochające mamy, teraz pochwaliły się wnusiami.
Czas płynie niestrudzenie. Dlatego my też popłynęłyśmy! A co!
W końcu Amsterdam nieprzypadkowo nazywają „Wenecją Północy”.
Skoro miasto oplotło się wstęgami kanałów (oficjalnie jest ich 165, o łącznej długości między 75 a 100 km), gdy zmęczyło nas chodzenie, wsiadłyśmy do pierwszej napotkanej łódki.
Zajęłyśmy miejsca po obu stronach burty i… wypłynęłyśmy na amsterdamskie wody.
Promienie słońca muskały nam twarze.
Nogi mogły odpocząć, a miasto powoli przesuwało się przed naszymi oczami.
Przypominało rozleniwionego kota, który po słodkiej drzemce, otworzył najpierw jedno oko, potem drugie, aż w końcu wstał, wygiął grzbiet w łuk, wystawił w górę radar ogona, nastawił wibrysy i rozpoczął dumną paradę. Popatrzcie, jaki jestem niezwykły! Toteż patrzałyśmy.
Z brzegu wyrastały smukłe kamienice, połączone w harmonijkę.
Bez piwnic, osadzone na palach, celowo pochylają się w przód – to zapobiega zapadaniu się ich w torfowy grunt, choć… ja tam wolę przyjąć wersję, że kamienice nam się kłaniały. Albo tańczyły.
Wesołe domy nad kanałami, w których mieszkańcom żyje się… no, właśnie, jak? Radośniej? Chyba tak, skoro wystarczy otworzyć okno, by przejrzeć się w lustrze wody. A wiadomo – woda uspokaja. Wycisza umysł.
I, o dziwo, ta w kanałach jest całkiem czysta! W pewnym momencie nasza przewodniczka wychyliła się za burtę i zaczerpnąć do szklanki wody, prosto z kanału. Zdziwiłyśmy się: faktycznie, woda była przeźroczysta. Żadnych ziarenek piasku, błota, glonów, nic z tych rzeczy.
A swój szaro-bury kolor kanały zawdzięczają nie wodzie, lecz barwie gliniastego dna.
Nasza łódka to chowała się pod mostkami, to spod nich wypływała.
Przemieszczaliśmy się w pobliżu Dworca Centralnego, z zewnątrz przypominającego pałac. Potem, jak ogromny statek, wynurzył się przed nami Nemo, jasnozielony budynek centrum interaktywnego. Następnie minęliśmy Muzeum Morskie z zacumowaną repliką XVIII – wiecznego okrętu.
Dalej wystawała niewielka wieża strażnicza, która kiedyś służyła do obserwacji statków wpływających do portu, a obecnie funkcjonuje jako hotel z noclegiem dla dwóch/trzech osób. Prawda, że niezwykły?
Mogłyśmy się też przyjrzeć barkom mieszkalnym.
To takie urocze, kompaktowe domki na wodzie, wygodne, z kanalizacją, elektrycznością, bieżącą wodą. Przez maleńkie okienka można zerknąć na artefakty toczącego się wewnątrz życia: kwiaty na parapecie, stół, szafki kuchenne, ekspres do kawy, biurko, laptop.
Wszystko wygląda najzwyczajniej na świecie, sęk w tym, że bynajmniej nie jest zwyczajne! W każdym razie nie dla nas, bo mieszkańcy barek zapewne już przywykli do codzienności na wodzie.
W międzyczasie dowiedziałyśmy się od przewodniczki, że każdego roku w kanałach Amsterdamu tonie około kilkunastu osób.
Część to samobójstwa, jednak przeważają wypadki młodych mężczyzn po zażyciu alkoholu lub narkotyków. Dlaczego mężczyzn, a nie kobiet?
To zabrzmi może mało romantycznie, ale cóż, zdarza się, że panowie „pod wpływem” podchodzą do kanału za potrzebą… hm… oddania moczu i wówczas łatwo o wypadek: może zakręcić się w głowie, może osunąć się stopa. Naprawdę wystarczy chwila nieuwagi, by wpaść do kanału.
Co prawda kanały nie są głębokie – przeważnie wody jest w nich na metr, ale pod spodem są jeszcze ze dwa metry mułu.
Jako że kanały Amsterdamu zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, nie można wokół nich wybudować ogrodzeń.
Natomiast wzdłuż nabrzeża ciągną się ochronne liny, których w razie “wpadki”, można się przytrzymać i: albo wołać o pomoc, albo próbować wdrapać się na brzeg. Jak to się sprawdza w praktyce? Cóż, wolałabym nie próbować.
Rejs, pomimo słuchania opowieści o topielcach, był dla nas momentem odpoczynku. Bo poza tym, sporo chodziłyśmy! Niestety, jak się okazało, połączenie Dnia Kobiet i niedzieli, nie bardzo sprzyjało zwiedzaniu. W sercu miasta, na Placu Dam, roiło się od manifestacji.
Pod Pałacem Królewskim zgromadziły się tłumy.
Feministki, Irańczycy, policja, krzyki. I my, w tym zgiełku i hałasie, próbujące przedostać się z jednej strony na drugą.
Naszą uwagę przykuły czerwone damskie buty, rozsiane na chodniku jak nietypowe kwiaty. Podchodząc bliżej dowiedziałyśmy się, że jest to ekspozycja, dedykowana kobietom, które zginęły w wyniku przemocy domowej.
„Zakrwawione” szpilki zakłuły w serce.
Troszkę się pokręciłyśmy w malowniczych uliczkach De Wallen.
Dziewczyny zajrzały również do sklepów z pamiątkami, a także butików ze stroopwaflami i żółtymi serami.
Holenderskie sery cieszą się światową renomą. Wyróżniają się aksamitną konsystencją i intensywnym smakiem. Uznanie turystów zdobywają zwłaszcza oryginalne odmiany: niebiesko–fioletowy ser o smaku lawendy, zielone pesto, czy ser czerwony jak… pieprz, chili? Zapomniałam, z tej mnogości.
Dzień przeleciał nie wiadomo kiedy, a dziewczyny musiały dotrzeć na lotnisko i wrócić do Warszawy. W drodze z Placu Dam na Dworzec Centralny chciałyśmy gdzieś usiąść i coś przekąsić, ale nie znalazłyśmy niczego poza fast foodem. Dwupoziomowa Hema, fajna holenderska sieciówka z wielorakim asortymentem, tym razem świeciła pustkami, jeśli chodzi o kuchnię.
Zazwyczaj w Hemie można zjeść sycącą pomidorówkę i erwtensoep, słynną holenderską grochówkę, poza tym frytki, kanapki, grzanki, tosty.
Teraz nie było zupełnie nic (chyba przez te tłumy i protesty).
Z braku laku wstąpiłyśmy do lokalu niemal tuż przed dworcem, a tam niespodzianka: powitał nas sympatyczny kelner z Polski, Kuba.
Szarmancko, z honorami, w końcu Dzień Kobiet, wiadomo.
Szybkie frytki, kawa, szarlotka i trzeba było pędzić na lotnisko.
Przed Schipholem chciałam zrobić dziewczynom pamiątkowe zdjęcie przy kultowym napisie „I amsterdam”, tymczasem napis zniknął, jak wcześniej sprzed Rijksmuseum. Szkoda!
Żal było mi się rozstawać z dziewczynami.
Dzielne, przyleciały do Amsterdamu tylko na weekend. Cały tydzień ciężko pracują, a mimo to zdecydowały się wstać w sobotę o świcie i przylecieć pozwiedzać, a już w niedzielę wieczorem wracać. Dotarły do domu koło dwudziestej trzeciej, a w poniedziałek, punkt ósma, czy nawet siódma, już musiały stawić się w pracy. Jestem z nich dumna!
To, na co się zdecydowały było nieco szalone, ale z drugiej strony, jakże inspirujące!
A ponoć to dopiero początek! Koleżanki dopiero się rozkręcają i już snują kolejne plany podróżnicze. Szczerze im kibicuję.
Może kiedyś będę miała okazję do nich dołączyć?
Na razie cieszę się wspomnieniami z naszego wspólnego Dnia Kobiet w Amsterdamie. Dzięki, Dziewczyny! ![]()