Ostatnio wiele się u nas działo! Jakby to nie były dwa tygodnie, a dwa miesiące. Albo i dłużej. Chciałabym poopowiadać Wam co nieco na blogu, bo pisanie pomaga mi porządkować emocje. Poza tym mam tyle pięknych zdjęć, które aż proszą się o pokazanie. Tymczasem zawsze jak nawarstwią się tematy albo mam przerwę od pisania, potem zmagam się z uczuciem niemocy.
I nie wiem, od czego zacząć. Jest tego tak dużo. Jakbym zbierała do flakonika treści-opowieści: jedna kropelka z wycieczki, druga z jakiegoś spotkania, trzecia z kultury, bo przecież byliśmy w operze i jeszcze to, i tamto…
Flakonik wypełniał się barwną esencją. Kolory tworzą całkiem przyjemny dla oka melanż. Ostrożnie odtykam korek – szyjka buteleczki zgrabna, wąziutka, łabędzia. Przechylam flakonik, opukuje szklane ścianki, nadstawiam dłoń, niechże skapnie odrobina.
Niech skapnie, przywoła wspomnienia, da początek słowom, to już reszta sama dalej się dopisze; litery się obudzą, ustawią w korowód, rzędami ruszą po ekranie. Dalej, no dalej.
Tymczasem… Ani kropli. Koncentrat się skoncentrował w ciało stałe (o ile to w ogóle możliwe!). Pukam w szkiełko. Pięknie proszę! Tylko parę kropelek. Byle zacząć… Najlepiej od początku.
Tylko gdzie ten początek?
Niechaj będzie tu: Okruszek dostał się do szkoły średniej, tej wymarzonej, swojego „pierwszego wyboru”. Liceum ogólnokształcące w systemie daltońskim. Pewnie nic Wam to nie mówi, podpowiem: szkoła stawia na samodzielność dziecka i kształtowanie jego odpowiedzialności za naukę. Jak to się sprawdzi w praktyce? Zobaczymy. Czy sprawdzi się u Okruszka? Mam nadzieję.
Okruszkowa wychowawczyni twierdzi, że jak najbardziej, a sama szkoła cieszy się w naszym miasteczku dobrą opinią.
Iskierka była na dniu otwartym swojej “wymarzonej” uczelni w Anglii, to wiecie od Igotaty.
Odwiedzili nas teściowie, tego jeszcze wiedzieć nie mogliście.
Trafili na najpiękniejszy sezon – apogeum rozkwitu tulipanów w Holandii!
Kwiaty we wszelkich możliwych kolorach zdominowały galerię w ich telefonach. Wiatraki ze skansenu Zaanse Schans, który również odwiedzili – nie miały szans, kwiatowa armia zdecydowanie liczniejsza niż wiatrakowe „rodzynki”.
Jednak dziadkowie nie przyjechali tylko w celach rodzinno-turystycznych.
Przybyli z misją ratowania trojga nastolatków od może nie śmierci głodowej, ale wielce prawdopodobnej niestrawności domniemaną dietą fastfoodowo – słodyczową! Tudzież innymi niespodziewanymi pokusami, które mogłyby się uskuteczniać w czasie, gdy koty (rodzice) wybywają z domu. Wówczas myszy (dzieci)… no wiadomo, nie marnują okazji.
Dlatego okazji nie było. Nasze myszki nie pograsowały za bardzo, może ociupinkę, w granicach normy i za przyzwoleniem dziadków.
Jesteśmy bardzo wdzięczni, bo rodzice Igotaty przez tydzień towarzyszyli dzieciom, teściowa gotowała przepyszne obiady, teść dbał o ogródek, a my z Igotatą mogliśmy w tym czasie, ze spokojnymi sumieniami, oddawać się pielgrzymowaniu po pięknej Chorwacji, Bośni i Hercegowinie.
Udaliśmy się na pielgrzymkę z naszym księdzem Krzysztofem i polonijną wspólnotą parafialną. Odwiedzaliśmy wiele pięknych miejsc, religijnych, ale również świeckich, a ukoronowaniem całości była wizyta w Medugorje, u Matki Bożej Królowej Pokoju.
Owe ‘rekolekcje w drodze’ oprócz oczywistego wymiaru duchowego, miały dla nas dodatkową wartość sentymentalną, ponieważ w Chorwacji spędziliśmy naszą podróż poślubną.
Wróciliśmy tu po dwudziestu trzech latach, w zupełnie innym punkcie życia, niby ci sami, a jednak inni (ciężsi o jakieś czterdzieści pięć kilo!).
Napiszę Wam osobny post o pielgrzymce, bo prosi się o (oddzielne) napisanie. Koniecznie.
Potem wróciliśmy do domu, do dzieci, rodziców i nie wiem jak to jest u Was, ale u nas powroty zwykle są z przytupem. Jakby rozwierała się jakaś tajemna szczelina między tym co tam i tym co tu i z tej szczeliny wypełzałyby różne dziwności. Albo już sama nie wiem co.
W każdym razie zaraz po powrocie „zbroiłam” po całości!
A było to tak:
Znajoma przekazała mi klucze do swojego domu. Wyjeżdżała do Polski w przeddzień naszego powrotu z Chorwacji i prosiła, bym karmiła jej koteczkę. Nazajutrz po powrocie z pielgrzymki, wsiadłam na rower i popedałowałam do koteczki. Ta miauczała na cały korytarz, młodziutka, pierwszy raz sama w domu. Weszłam, nakarmiłam, pobawiłam się z nią, taką samotną. Pogłaskałam.
W międzyczasie odebrałam telefon, zaprzyjaźniona pani dzwoniła z prośbą, bym przyszła jej posprzątać dom. Okej, przyjdę, powiedziałam i w tym momencie powinnam była odłożyć telefon. Niestety, nie odłożyłam, a co więcej – zauważyłam na ekranie podejrzanie wiele powiadomień z Facebooka, takich w stylu, że ktoś znajomy napisał komentarz tu i tu. Zwykle nie zwracam na nie uwagi, ale teraz gro moich bliskich napisało komentarz na stronie Łukasza Litewki. Naprawdę sporo, jak nigdy dotąd. O co chodzi? Kliknęłam. Dowiedziałam się. Nie uwierzyłam. Zaczęłam sprawdzać, klikać głębiej. Szok, smutek, groza. Drżały mi dłonie. Myśli w głowie wystrzępiły się, zastąpiła je gęsta mgła. Czarna.
No bo jak to? Wracamy z pielgrzymki, szczęśliwi, uduchowieni, pełni wiary w świat, a tu naraz wybucha wiadomość o śmierci młodego człowieka lawinowo duplikującego dobro. Znanego z pomagania tym najbardziej potrzebującym, pomagania w sposób natychmiastowy. Skutecznie. Mimo mgły w mej pamięci pozostał wpis o Jagodzie Stano, dziewczynie ciut starszej od Iskierki. Litewka opowiedział jej historię w taki sposób, że kwota potrzebna na leczenie zebrała się ekspresowo, nawet z – nawiązką. Więc jak to tak?
Wyszłam z mieszkania. Zamknęłam za sobą drzwi. Pośpiesznie, by koteczka nie wymknęła się na piętro. Mgła w głowie, mgław całym ciele. Pusty korytarz. Koteczka w mieszkaniu. Nie wyszła. Zdążyłam. Uff. Koteczko, przyjdę jutro. Obiecuję. W garści ściskałam klucze, jak kotwicę ratunkową. Metalowe ząbki wrzynały mi się w skórę. Coś jeszcze było nie tak… Bardzo nie tak.
Otworzyłam zaciśniętą pięść. Tkwił w niej kluczyk z pluszowym brelokiem w panterkę. Mój kluczyk od roweru. Roweru! Nie od mieszkania znajomej.
Bo klucze od mieszkania znajomej zostały… w jej mieszkaniu.
Sekunda nieuwagi, zamglenia umysłu i taki błąd!
Czytelnicy z Polski mogą nie zrozumieć grozy sytuacji, ale kto mieszka w Holandii, ten wie, że tu wszystkie drzwi do mieszkań – od strony zewnętrznej – same się zamykają. W sensie zatrzaskują. Nie trzeba przekręcać klucza. Wychodzisz z mieszkania, naciskasz klamkę i drzwi są zamknięte tak, że bez klucza nie wejdziesz do środka. Taki tutejszy patent, dodatkowe zabezpieczenie przed złodziejami.
Sytuacja nie do pozazdroszczenia!
Moje poczucie winy wspięło się na szczyt bloku, stamtąd na najbliższą latarnię, na druty wysokiego napięcia i końcu na księżyc.
Zamknęłam koteczkę z kluczami. Zadzwoniłam do znajomej. Nie, nikt poza mną nie posiada kluczy do jej mieszkania. A znajoma przebywa w Polsce i wróci za półtora tygodnia. Mieszkanie na pierwszym piętrze, okna pozamykane, balkon też, wiadomo, żeby koteczka nie uciekła.
Jak ja się denerwowałam! Nie chcielibyście być w mojej skórze. Też nie chciałam w niej być.
Na szczęście ta historia miała dobre zakończenie. Ale tamta ja, stojąca na progu mieszkania z kluczem od roweru w garści, jeszcze tego nie wiedziała. Bezradnie naciskała klamkę.
Nazajutrz Trzej Muszkieterowie otworzyli zatrzaśnięte drzwi: nasz znajomy „złota rączka i dusza człowiek”, teść i Igotata. Nawet zamka nie trzeba było zmieniać. Koleżanka nie miała do mnie żalu. Koteczka czuje się dobrze.
Co jeszcze? Spektakularny stream Łatwoganga. Wszyscy o tym mówią, holenderskie media również! Rekordowa zbiórka dla dzieci chorych na raka w skromnej kawalerce fajnego chłopaka – o tym TRZEBA mówić!
To dodaje wiary w człowieczeństwo! Ludzie potrafią się jednoczyć i robić dobre rzeczy. Ludzie są wrażliwi na potrzeby innych.
To latarenka rozświetlająca ciemności świata egoizmu i podziałów.
Niechaj świeci! Niech zaraża nas jasnością.