Hej, z tej strony Okruszek. Nie wiem, czy jeszcze mnie pamiętacie?
Wpadłam się przywitać. Jestem już bardzo dużym Okruszkiem: w maju skończyłam dwanaście lat. Od dwóch miesięcy chodzę do szkoły średniej. Może dziwicie się, że mimo wszystko trochę wcześnie ta szkoła średnia, jednak w Holandii jest inny system nauczania.
Dla porównania: gdybym mieszkała w Polsce, uczyłabym się teraz w klasie szóstej. Albo siódmej, six seven. No ale nie mieszkam. Choć czasem wyobrażam sobie, jak by to było. Tyle się nasłuchałam od mojego starszego rodzeństwa! Prawdopodobnie najpierw chodziłabym do przedszkola. Z opowiadań mojego brata i siostry wyłania się obrazek dziecięcego raju, z kolorowymi kącikami pełnymi zabawek: lalek, misiów, układanek, autek…
Tylko że ja już się takimi rzeczami nie bawię. Ale wtedy bym się bawiła!
I siedziałabym z dziećmi w kółeczku i śpiewalibyśmy o lisku, o chusteczce haftowanej. I jeszcze, że „na dywanie siedzi jeż, co on robi to my też”. A po zabawie panie kucharki przywoziłyby nam wazę z zupą, na takich metalowych wózeczkach, i jeszcze pyszne kluseczki z tartą bułką, a na deser budyń lub drożdżówkę z kruszonką.
A następnie bym poszła do szkoły podstawowej, tej samej co Iskierka.
I jak już wspomniałam na początku, byłabym teraz w klasie szós… ojej, czyli za dwa lata, albo nawet za półtora roku, zdawałabym egzamin ósmoklasisty?
To już nie brzmi tak przyjemnie!
Więc może lepiej nie gdybać? Gdybanie niczego nie zmieni, a – jak mówi mama – czasem może wręcz wywołać niepotrzebne smutki. Najlepiej skupić się na teraźniejszości i dbać, by jak najlepiej przeżyć każdy dzień.
Gdyby tylko te dni zechciałyby stać się łatwiejsze! Choć ociupinkę.
Ale nie są.
I wiecie, co jest najdziwniejsze? Gdy byłam w szkole podstawowej, nie mogłam się doczekać szkoły średniej, a teraz – tęsknię za podstawówką!
Tam wszystko było takie… oswojone. Znałam każdy kąt, każdego nauczyciela, bo nie było ich znowu aż tak wielu. Dobrze czułam się w swojej klasie. Z niektórymi dziećmi przyjaźniliśmy się od „kleutersów”, czyli odkąd skończyliśmy cztery lata. Łączyło nas mnóstwo wspomnień, wycieczek, Mikołajów, szkolnych występów.
A teraz? Szkoła wielka, klasa wielka.
Przyjaźnie trzeba dopiero zawierać. Od początku, a to trochę trwa. Nie da się przecież pstryknąć palcami i, proszę, już zostajemy przyjaciółmi.
Niektórzy dojeżdżają z innych miejscowości, więc po szkole zawsze się spieszą.
Ja też dojeżdżam, tyle że na rowerze. Codziennie muszę ostro pedałować, bo żaden autobus nie dojeżdża na nasze osiedle. Szkoda!
Jestem zatem w szkole średniej, tej wymarzonej, którą sama wybrałam i… inaczej ją sobie wyobrażałam. Nie sądziłam, że będę mieć aż tyyyyleeee nauki! Każdego przedmiotu uczy inny nauczyciel. Niektórych od razu polubiłam, do innych nie mogę się przekonać, zwłaszcza do tych, którzy łatwo się irytują. W dodatku niczego nie tłumaczą, tylko od razu każą rozwiązywać zadania.
Czyżby uważali, że powinniśmy wszystko umieć sami z siebie lub ze swojej poprzedniej szkoły?
Mama radzi, bym zgłaszała, gdy czegoś nie rozumiem, ale nie zawsze się tak da.
Poza tym nie lubię zwracać na siebie uwagi, a jakbym podniosła rękę, wpatrywałoby się we mnie dwadzieścia dziewięć par oczu. I jeszcze by pomyśleli, że nie uważałam. A ja staram się, bardzo się staram, jednak czasem na lekcji myśli mi uciekają do przyjemniejszych rzeczy np. do postaci z mang, które uwielbiam.
Na razie jednak nie jest najgorzej w tej szkole średniej, choć najlepiej też nie jest. Jak to mówią: średnio, na jeża.
Bo jeszcze dochodzi ciężki plecak.
W podstawówce do szkoły zabierałam tylko pojemnik z drugim śniadaniem i strój gimnastyczny, a teraz pakuję: podręczniki, zeszyty, laptop, śniadanie, strój gimnastyczny… Ratunku! Mama postawiła raz mój zapakowany plecak na wagę i pyk, wyświetliło się siedem kilo. Siedem! To więcej niż niemowlę plus kot, i jeszcze plus chomik, i plus papuga. I ja to całe towarzystwo muszę tachać na moich biednych plecach – po schodach, z sali do sali, bo teraz nie mamy stałej klasy, tylko wciąż się przemieszczamy. Pracownia biologiczna, matematyczna, sala taka, owaka… Z drugiej strony to nawet ciekawe, bo zanim zdążę się znudzić – następuje zmiana. Zmiana dekoracji, zmiana nauczyciela. Ciągłe zmiany.
Później wracam do domu.
Zjadam obiad i odrabiam pracę domową, która nigdy się nie kończy.
No dobra, przesadzam. Kończy się, ale żeby się skończyła, muszę ją odrobić.
W naszym domu też się pozmieniało.
Z rodzeństwa został mi tylko brat, bo siostra wyjechała na studia.
Nie widziałam Iskierki już ponad miesiąc i jeszcze nieprędko ją zobaczę.
Przykro mi! Owszem, jak była w domu, też miała swoje sekrety, czasem zamykała przede mną drzwi. Wychodziła do przyjaciół, tych swoich, dorosłych. No ale gdy już od nich wracała, to spędzałyśmy czas razem, rozmawiałyśmy, Iskierka uczyła mnie rysować, pożyczała mi swoje książki, czasem coś doradziła. Bo wiecie pewne rzeczy łatwiej powiedzieć siostrze niż rodzicom czy bratu.
Brat jest fajny, ale co innego brat, a co innego siostra.
Jedyny pożytek z nieobecności Iskierki, jest taki, że jej pokój stoi pusty i mogę w nim robić bałagan. (Dobrze, że ona tego nie przeczyta!)
Powiecie, że przecież mogę do siostry napisać wiadomość lub zadzwonić.
Jednak z tym dzwonieniem bywa różnie: gdy ja mam czas i ochotę na rozmowę – Iskierka akurat zbiera się na popołudniowe wykłady albo na spotkanie z koleżanką, czy na zajęcia sportowe. Lub musi się pouczyć.
Mówi, że podoba jej się na studiach, choć wyobrażała sobie, że będzie jeszcze fajniej. Pamiętam, że wcześniej zarzekała się, że gdy wyjedzie z domu, będzie jeść to, co lubi. Teraz przekonała się, że to tak nie działa. I tęskni za domowymi obiadami. Bo jej „domowe” oznacza, że jak ugotuje sobie ryż z warzywami i kurczakiem, to potem musi go zjadać przez trzy dni. I już jej wcale nie smakuje. A tu trzeba jeszcze zakupy zrobić, ubrania wyprać. Dorośli nazywają to „prozą życia”.
Jestem pewna, że Iskierka nie uwzględniła „prozy życia” w swoich marzeniach o pięknym, studenckim życiu. Tak samo, jak ja nie pomyślałam, że do mojej wybranej szkoły średniej będę musiała codziennie pedałować, bo autobus do niej nie dojeżdża.
Cóż, jakoś się da. Byle nie padało! Listopadzie, słyszysz?
Ma nie padać i nie wiać, bo wiatr czasem bardziej przeszkadza niż deszcz. Listopadzie, słuchaj się Okruszka!
Najbardziej lubię piątki, bo zapowiadają weekend.
A w weekend, wiadomo, można się wreszcie wyspać, nie trzeba pakować plecaka i wsiadać na rower. Choć ja akurat w soboty też jeżdżę do szkoły, tyle że do polskiej. Na szczęście tam nie ma ocen i sprawdzianów.
A ostatnio nawet pojechaliśmy na szkolną wycieczkę.
Odwiedziliśmy Bredę – miasto, które zostało wyzwolone przez polskich żołnierzy i zostało w nim wiele polskich pamiątek i polskich śladów. Jakby co, polecam! Może kiedyś wybierzemy się tam całą rodziną, bo moi rodzice jeszcze nie byli w Bredzie.
Tak naprawdę odpocząć mogę dopiero w niedzielę.
Wtedy najczęściej spotykam się z przyjaciółką i wymyślamy kreatywne zajęcia. Nuda? A co to? Bo chciałabym się ponudzić.
A jak tam u Was? Trzymajcie się! Cieszę się, że mogłam tu do Was zajrzeć. ![]()
Okruszku, podziwiam Twoje zmagania z realiami szkolnymi, nie masz łatwo i jeszcze ta jazda rowerem, możesz być wzorem dla tych nastolatków, którym się nic nie chce…
Wierzę, że ze wszystkim sobie poradzisz, nawet z tęsknotą za Iskierką i pogodnej jesieni Ci życzę!
Witaj Okruszku (jak naprawdę masz na imię?). Bardzo dużo zmian opisałaś. Ciekawa jestem Twoich wrażeń po pół roku. Te dojazdy rowerem to jak długo trwają? Jeśli długo to może przydałby Ci się szybszy pojazd, niekoniecznie auto. Pozdrawiam Cię i życzę znalezienia przyjaciół.