W czasie naszej pielgrzymki do Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny odwiedziliśmy wiele miejsc, gdzie łatwo było odnaleźć Boga: piękna przyroda, miejsce na zadumę, pełne ciszy i odosobnienia. Było jednak jedno miejsce, o którym Bóg na pozór zapomniał. Po prawdzie nie było nam tam po drodze, ale marzeniem księdza Krzysztofa było wrócić do Sarajewa z przewodnikiem, by lepiej poznać jego historię: tę odległą, zabliźnioną ale i tę bardzo świeżą, z ranami, które choć chwilowo nie krwawią, to są wciąż jeszcze bardzo świeże.
Przed pielgrzymką Sarajewo kojarzyło mi się głównie z Igrzyskami Olimpijskimi w 1984. Szkrabem byłem, gdy się odbywały, więc moje wspomnienia zawierają jedynie wilczka (Vučko), maskotkę igrzysk.
Pewnie gdybym wysilił mózgownicę to przypomniałbym też sobie o zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, który doprowadził do wybuchu I wojny światowej. O wojnie w byłej Jugosławii też słyszałem, ale szczegóły dotyczące Sarajewa gdzieś uleciały z czasem. Po wizycie już mi to raczej nie grozi…
Do miasta dotarliśmy tuż przed kolacją. Zwiedzanie było zaplanowane na kolejny dzień, ale ksiądz nie chciał spędzić wieczoru w hotelu. Skrzyknął kilka osób i ruszyliśmy na stare miasto. Bez Igomamy, którą pokonało zmęczenie. Przyjazd i powrót w tym samym miejscu – pytanie, jak wrócić bez błądzenia? Minaret blisko punktu startowego wydawał się kuszącą opcją. Szybko okazało się, że co i rusz trafialiśmy na kolejny, szybko więc zarzuciliśmy ten pomysł. Sarajewo to miasto w przeważającej części muzułmańskie, ale miejsce znajdą tu dla siebie wszyscy: katolicy, prawosławni, muzułmanie. W trakcie naszego krótkiego spaceru widzieliśmy świątynie wszystkich trzech religii. Obeszliśmy całe stare miasto, szczęśliwie omijając punkty, do których wróciliśmy następnego dnia, z przewodniczką. Dwie katedry (katolicka Serca Jezusowego i prawosławny Sobór Narodzenia Matki Bożej), Markale (miejski targ), Vječna vatra (pomnik ofiar II wojny światowej).
Były tylko trzy punkty wspólne obu spacerów. Pierwszy to Most Łaciński – uroczy zarówno po zmierzchu, jak i za dnia.
Drugim była studnia Sabil, która ostatecznie okazała się lepszym punktem orientacyjnym przed powrotem do hotelu. Bo choć była raczej niewielka, to bez trudu można ją było odnaleźć na mapie i wypatrzeć “na żywo”.
Z wyprawy nocnej wynieśliśmy jedynie wrażenia wizualne, dużo więcej zyskaliśmy następnego dnia, w trakcie zwiedzania z panią Agnieszką, polską przewodniczką. Już na wstępie, jeszcze w autokarze, zaczęła opowiadać o ostatniej wojnie domowej. Podzieliła się przy tym własnym wspomnieniem o tym, gdy z kilkorgiem dzieci wyszła poza bezpieczeństwo schronu narażając się na ostrzał snajperski. Historia z puentą tak straszną, że mimo iż minął już miesiąc od pielgrzymki, to nie potrafię wyrzucić jej z mej głowy. Dowiedzieliśmy się jak ukształtowanie terenu wokół miasta sprzyjało ostrzałowi. Jak konstrukcje związane z olimpiadą zmieniały się w narzędzia zagłady. Zwiedzanie zaczęliśmy przed Biblioteką Narodową, której kolekcja (zawierająca tysiące unikatów) przepadła niemal w całości w trakcie oblężenia (90% zbiorów spłonęło). To nie był wypadek, oblegający ostrzeliwali budynek bez znaczenia militarnego. Strzelali też do ludzi, którzy próbowali pożar gasić. To trzeci punkt wspólny obu spacerów, nocnego i dziennego – biblioteka to również ratusz, obok którego przechodziliśmy wieczorem.
Zanim ruszyliśmy dalej, msza w kościele św. Antoniego Padewskiego. Tu, gratka, prawdziwe organy! Nasza pani organistka ożywiła instrument, wyciskając łzy z oczu naszej przewodniczki… Jak widać, nie pozostaliśmy dłużni za te, które przynosiły jej historie. Jakże jednak inny smak tych łez…
Przez Most Łaciński zmierzamy w stronę miejsca, gdzie doszło do zamachu na arcyksięcia. Dowiadujemy się, że nie była to pierwsza próba tego dnia. Że zamachowców było wielu. Poznajemy historię małżonki księcia i jej rozpaczliwej próby osłonięcia swego małżonka, którą to próbę przypłaciła własnym życiem i życiem nienarodzonego dziecka, które nosiła pod sercem. Jak wiele malutkich zdarzeń, niby klocki domina, doprowadziło do tej tragedii. Co wydarzyło się później wiedzą wszyscy. I jak tu nie wierzyć w Efekt Motyla?
Kolejny punkt wycieczki to XVI-wieczny meczet Gazi Husrev-bega. Była to dla mnie pierwsza wizyta w świątyni muzułmańskiej. Poznaliśmy nie tylko szczegóły tej budowli, ale też różnice pomiędzy poszczególnymi typami meczetów. To co mnie dotknęło to pomysł, by kapłan przemawiał do ludu w połowie schodów, szczyt pozostawiając Bogu. Zachwyciły zaś malowidła na ścianach i przepiękne dywany którymi wysłane są posadzki, po których stąpaliśmy boso.
Ostatnim oficjalnym punktem była niewielka cerkiew pod wezwaniem św. Archaniołów Michała i Gabriela, wypełniona po brzegi przepięknymi ikonami. Budynek był tak niewielki, że wchodząc doń musiałem zgiąć się w pół. Ponoć taka konstrukcja miała ustrzec świątynię przed Turkami: nie sposób było do środka wjechać na koniu. Pomieszczenie wypełnia cudowna woń kadzidła, jedynie słuch nie jest więc pieszczony w tym wnętrzu. Choć pewnie w trakcie uroczystości świątynię wypełniają piękne śpiewy, domykając zmysłową ucztę.
Po zwiedzaniu – czas wolny. Posiłek, pamiątki, swobodny spacer po malowniczych uliczkach. Ale to nie pamiątki zabrałem ze sobą z tej wizyty. Przede wszystkim wróciła ze mną historia o tym, jak wiele cierpienia spadło na mieszkańców ledwie kilkadziesiąt lat temu. I choć pani Agnieszka przyjaźni się z kapłanami wszystkich trzech religii, to jednak nie ukrywała, że o zgodę w kraju tym bardzo trudno. A moją uwagę o tym, że Bośnia i Hercegowina niechybnie wkrótce dołączy do Unii Europejskiej, potratowała jako przejaw skrajnego i niczym nieuzasadnionego optymizmu.