Dwunaste urodziny Okruszka. Jak na pełnię maja przystało, powinno świecić słońce, żebyśmy mogli urządzić piknik w parku. Tymczasem lał deszcz (interwałami) i zdecydowanie przyjemniej było w domu niż na dworze. Na szczęście jubilatka nawet nie zwróciła uwagi na (nie)pogodę. Jest szczęściarą – świętowała przez trzy dni. Świat stanął na głowie, co za czasy!
Bo tak: Okruszek urodził się piętnastego, piętnasty wypadał w piątek, a akurat w piątek przyjaciółki miały inne zajęcia. Wiecie, współczesne dzieciaki miewają kalendarz wypełniony nie gorzej niż prezesi firm! ![]()
Poza tym na sobotę synoptycy zapowiadali zdecydowanie lepszą pogodę.
Zatem goście dostali zaproszenia na sobotę.
Powiem Wam, że wyprawianie dwunastych urodzin wcale nie jest taką prostą sprawą. Dwunastolatek to twór pośredni między dzieckiem a młodzieżą i nie bardzo wiadomo, jaka rozrywka go zadowoli.
Na małpie gaje czuje się za stary, a zwykłe pogaduszki z przyjaciółmi i tylko pogaduszki – to jeszcze nie ten etap. W kinie akurat niczego ciekawego nie grali, na trampolinach córcia bawiła się w zeszłym roku. Za kręglami nie przepada.
A świętować z przyjaciółmi ze szkoły chce (jak najbardziej chce!),bo przecież to ostatnia okazja, ostatnia klasa basisschool (podstawówki), po wakacjach wszyscy rozejdą się do różnych szkół średnich.
Ostateczny wybór padł na escape room. Nasze starszaki już znają ten typ rozrywki, natomiast Okruszek – jeszcze nie.
A tak się składa, że escape room mamy bliziutko, bo w naszym parku. A jak deszcz się zlituje i nieco odpuści, dzieci będą mogły pohasać wśród drzew, pospacerować, pobawić się na zewnętrznej siłowni.
W ten sposób w sobotę Okruszek w gronie pięciorga przyjaciół z klasy rozwiązywał tajemnicę Inków. Zadania nie były łatwe. Wiem, bo udałam się z dziećmi na „komnaty”. Nie podpowiadałam! Cichuteńko stałam z boczku, w czapce niewidce, by dzieci mogły działać po swojemu. Zresztą teraz młodzież taka bystra, że choćbym chciała ich naprowadzić na ślady Inków, to bym nie sprostała…
Ale co się naobserwowałam, to moje!
Swoją drogą podpatrywanie własnego dziecka w relacjach z rówieśnikami, jest ciekawym doświadczeniem – jak wiadomo, w obecności rodziców dzieci zachowują się inaczej niż w grupie rówieśniczej.
Dyskretnie podejrzałam Okruszka, ale pst… nie wydajcie mnie!
Dzieci wciągnęły się w grę, każde podchodziło do zadań w inny sposób.
Okruszek był akurat beztroski i bujający w obłokach. Inicjatywę pozostawił kolegom, ba! oddał innym wszystko: latarkę, dowodzenie, pierwszeństwo odczytywania instrukcji, możliwość konsultacji telefonicznej. Totalny luzik, zero stresu tykającym zegarem, bezwzględnie odmierzającym czas.
Na szczęście w grupie znalazł się chłopiec bardzo ambitny, zmotywowany i skoncentrowany na zadaniu, toteż ostatecznie zagadka została rozwiązana. A że w czwartej sekundzie przed upływem czasu, to i emocje większe!
Po udanej pracy zespołowej, mali detektywi udali się na spacer po parku, gdzie mogli pobiegać i dać odpocząć głowie i emocjom.
Ale to nie koniec świętowania!
W niedzielę Okruszka odwiedziły dwie polskie przyjaciółki.
Był tort truskawkowy zgodnie z życzeniem jubilatki, dekoracje w stylu anime i zabawa według pomysłu dziewczyn. Bawiły się dobrze, bo jak nastała pora rozejścia się do domów, naraz wszystkie trzy straciły słuch. ![]()
Atrakcje w sobotę, atrakcje w niedzielę, a że urodziny przypadały w piątek, to i w piątek musiał być urodzinowy akcent. No i oczywiście był.
Poczęstunek w klasie i wieczorne wyjście do restauracji, do której my nigdy nie chadzamy, ale regularnie chadzają tam koledzy z Okruszkowej klasy (ponoć).
W każdy razie Okruszek marzył o kolacji w tym miejscu, bo to prawdziwy zaułek ambrozji i obfitości jest. Za określoną kwotę można sobie samemu przez dwie i pół godziny wybierać jedzenie i nakładać na talerz w dowolnych ilościach z niekończącymi się dokładkami. A jakie tam są desery! Fontanna czekoladowa, lody, wata cukrowa, owoce, naleśniki, aksamitne deserki w małych pucharkach. Zaiste cuda, więc co się dziwić dzieciom!
A na powyższym zdjęciu są nasze babeczki – tulipanki do poczęstowania w klasie. Bowiem w Holandii, w szkole, dzieci nie częstują cukierkami, lecz „traktatiami” i tradycja zaleca, by były to przekąski kreatywne, przygotowane samodzielnie. My co roku staraliśmy się coś takiego wymyślić, ale prawda jest taka, że ten trend się zmienia (zwłaszcza od pandemii) w kierunku kupnych „snoepjes” (słodyczy) lub małych paczuszek chipsów, rozdawanych kolegom.
My jednak postawiliśmy na tradycję. W końcu to ostatnia “traktacja”.
Ach! Patrzę na tę moją najmłodszą pocieszkę i nie dowierzam, że jest już taka duża. Dwanaście lat! Kiedy to zleciało? I czemu tak szybko?