Przyszedł wrzesień. Tup, tup, dziarski krok; mrug, mrug, zaciekawione spojrzenie. Przystanął sobie wrzesień, rozejrzał się na boki. Zdjął plecak, bo ten wypchany taki, pewnikiem mu ciążył. Kieszenie aż się wybrzuszają! Wszystko w nich znajdziesz: kredki i książki, nowe szanse i stary porządek.
I jeszcze całą rolkę poniedziałków. Wtorków, śród, czwartków, piątków.
Na szczęście też weekendów. Słodkich, leniwych.
Wrzesień rozwija rolkę. Podrzuca, łap!
Odruchowo unoszę dłonie. I… zastygam. Bo wtedy nadbiega lato. Całe w podskokach. Tak, jeszcze ma siły, witalność. Mimo że się napracowało. Przecież w wakacje bywało upalnie. A my te najgorętsze dni akurat spędzaliśmy w mieście. W najgorętsze południa schodziliśmy z pola rażenia słońca w zacienione uliczki. W najgorętsze południa kryliśmy się w budynkach, by odtajać w chłodzie murów.
Nasze lato było gwarne, polskie. Już się pożegnaliśmy: z rodziną, ze słonecznikami, z lasem, z syrenką, Orlenem, Żabką, Empikiem… Już.
Tymczasem wrzesień rozwija rolkę jesiennych dni. Patrzy na mnie wyczekująco.
A obok lato. Jeszcze lato! Podskakuje beztrosko. Potrząsa warkoczami w barwie pszenicy.
I już dłużej się nie waham!
Chwytam się tego warkocza. Zanurzam palce w splecione pasma i lecę.
Lecę! Tam, gdzie nadal świeci słońce. Tam, gdzie niebo jasne, promienne. Gdzie towarzystwo miłe. Gdzie można godnie pożegnać wakacje. Bo wakacje życzą sobie być godnie pożegnane. Prawda że tak?
A zatem ostatni weekend sierpnia, siedem koleżanek, kraj pizzy i gelato, najpyszniejszych. Może być takie pożegnanie? Ależ proszę bardzo!
Ależ proszę bardzo nam nie zazdrościć! Już wróciłyśmy!
We wrześniowy porządek – początek.
Witaj wrześniu, co nam przyniesiesz?
Jak poetycko żegnasz wakacje, by potem wrócić do mniej poetyckiej rzeczywistości, czyli codziennej pracy i obowiązków. Mnie będzie najbardziej późną jesienią brakować słońca i ciepła, bo jak tu polubić wiatr, chlapy, ołowiane chmury i ziąb?
Zasyłam serdeczności