Tydzień temu w Holandii powiewały flagi narodowe. Obelisk na Placu Dam w Amsterdamie opłynął w kwiaty. O dwudziestej kraj ucichł na dwie minuty. Urwane rozmowy, porzucone zajęcia, stop – klatka i spojrzenie wstecz, by oddać hołd osobom poległym w wojnach i konfliktach zbrojonych.
4 maja – Dodenherdenking, Dzień Pamięci Poległych i 5 maja – Bevrijdingsdag ,Święto Wyzwolenia Holandii spod jarzma okupacji. Pamiętamy.
Wybraliśmy się z Igotatą na dwa wydarzenia kulturalne w tematyce wojennej: operę „Pasażerka” i musical „Je Anne” (Twoja Anna) na podstawie pamiętnika nastoletniej Anne Frank.
O Anne Frank nie tak dawno Wam opowiadałam, przy okazji wizyty w muzeum – oficynie, w której ukrywała się rodzina państwa Franków, rodzina van Pelsów i Fritz Pfeffer.
Teraz mieliśmy okazję odkryć historię dziewczynki w inny sposób, poprzez muzykę.
Musical „Je Anne”, od 8 kwietnia do 16 maja, wędruje po całej Holandii – wystawiany na deskach różnych teatrów. My mieliśmy sposobność obejrzenia go, 4 maja, w Teatrze Miejskim Stadschouwberg w Haarlemie.
Jeśli mieszkacie w Holandii, warto się wybrać, polecamy!
Orkiestra jest niewielka, ale znakomita. Piosenki trafiają prosto do serca, zwłaszcza w wykonaniu odtwórczyni roli Anne i Hermana van Pelsa.
Surowa, minimalistyczna scenografia.
Gwiazda Dawida wyznacza przestrzeń kryjówki.
Sześć rozpostartych ramion a la pokoje – ot i cała prywatność mieszkańców.
Walizki, żelazne łóżko, krzesło, stolik, radio, futro, dziennik… to w zasadzie wszystkie rekwizyty.
Stajemy się uczestnikami intymnej codzienności ośmiorga bohaterów, jakbyśmy wślizgnęli się między okładki „Dziennika Anne Frank”.
Słowa budzą się, wstają z kartek, zmieniają się w dźwięki, wybrzmiewają melodią, śpiewem.
Nuta jest rzewna, melancholijna, czasem posępna jak mieszkańcy – czujni, nieufni, żyjący w lęku i napięciu. Wiadomo, głód, nuda, frustracja, niepewność jutra są zarzewiem konfliktów.
W ciągu dnia atmosfera kryjówki skrzy się od pretensji, które mogą znaleźć ujście dopiero wieczorem, gdy fabrykanci opuszczają przednią kamienicę i w końcu nie trzeba tłumić dźwięków.
Fritz zjada po kryjomu pomarańczę. Zajmuje biurko Anne.
Auguste van Pels „zadziera nosa”, w poprzednim życiu była damą, nosiła prawdziwe futro, które z dumą prezentuje, jak relikwię wystawnej przeszłości.
Dwie przypadkowe rodziny stłoczone obok siebie plus samotny mężczyzna w średnim wieku.
Dorośli i nastolatkowie: Margot, Peter i Anne, młodsza o nich o trzy lata (niby niewiele, a jednak tutaj tworzy przepaść).
Poza tym Anne ma zupełnie inny temperament niż tamtych dwoje, ma charakterek. Wypełnia dom świeżością i młodzieńczą energią. Figlarna, radosna, ale zarazem harda i rozbrykana. Często czuje się samotna, niezrozumiana przez pozostałych.
Ulgę przynosi jej pisanie. Anne zwierza się wyimaginowanej przyjaciółce, Kitty, z niepokojów dojrzewania, z relacji panujących w domu, ze swoich dziewczęcych rozterek. Pamiętnik koi rozdygotane emocje.
Lieve Kitty, tylko ty mnie zrozumiesz, wyobraź sobie, co się dzisiaj stało, co powiedziała pani Pels; mój kochany tatuś Pim, mama mnie nie rozumie, ja też jej nie rozumiem, Margot jest zupełnie inna niż ja, ona jest tą grzeczną, a ja… sama wiesz. I jest Peter… Ostatnio ja i Peter…
Młodzieńcze uczucie kiełkuje nieśmiało w wojennym mroku.
Lieve Kitty, chyba się zakochałam. Czy tak wygląda miłość?
Nawet najbardziej ponurą rzeczywistość, co jakiś czas, rozjaśniają promyki nadziei. Gdy nadchodzi Chanuka cała ósemka świętuje. Krzepiąco migoczą płomienie świec. Nuta wybrzmiewa radośnie, z werwą. Wreszcie!
Ale największa radość przychodzi, gdy przez radio BBC docierają optymistyczne wieści. Alianci szykują się do wyzwolenia północnej Francji! Zbliża się wolność. Wolność!
– Co zrobię, gdy wyjdę z kryjówki? – zastanawiają się nasi bohaterowie, po czym wyśpiewują pieśni o wolności, każdy własną.
Poprawiają płaszcze, chwytają walizki, poruszają się z werwą, jakby naraz przybyło im sił… Rumieńce wpełzają na policzki, oczy płoną blaskiem. Wyśpiewują arie zwycięstwa. Chóralny koncert życzeń.
– Zjeżdżę na rowerze cały Amsterdam! – zapewnia Anne.
– Wypiję kawę ze śmietanką – marzy Edith Frank.
– Wezmę kąpiel w wannie z pianą – śpiewa Margot.
– Znów będę damą w moim futrze. – Auguste van Pels unosi podbródek.
Lecz najgłośniej śpiewa Herman van Pels, jest to oda do „sigaretten”. Gdy wyjdzie na wolność, wypali od razu dwie paczki. I nikt go nie powstrzyma! I nikt mu nie zabroni! O, papierosy! O słodkie sigaretten!
Podekscytowani domownicy biegają po scenie. Ich śmiech unosi się jak mydlane bańki, mieni się kolorami, łaskocze optymizmem. Spakowali się w trymiga. Są gotowi do wyjścia.
Stop! Tak bardzo chciałabym w tym momencie otworzyć im drzwi na oścież i pozwolić wybiec na zewnątrz. Podarować każdemu wymarzony dzień szczęścia. Przygotowałabym kąpiel z pianą dla Margot, dla Edith zaparzyłabym gęstej kawy, napompowałabym koła w rowerze dla Anne i patrzyłabym jak pedałuje wzdłuż kanałów, wzniecając szare kłęby kurzu. Podejrzałabym jak Otto Frank wychodzi z teczką do swojego biura. I niech Herman van Pels wypali swoje sigaretten! Niech Peter wróci do szkoły. Niech… Aż bolą mnie knykcie od zaciskania kciuków.
Tak bardzo pragnęłam takiego zakończenia!
Jednak wojna napisała inny scenariusz.
Dzwoneczki śmiechu milkną. Bańki mydlane rozpryskują się. Zresztą żadne to bańki – bomby!
Bombardowania nasilają się. Atmosfera gęstnieje. Ludzie tracą człowieczeństwo. Wyzbywają się moralności jak zużytej odzieży.
Bezprawie, zdrada… oto nowa moralność.
Światełko nadziei gaśnie.
Postaci nieruchomieją na scenie. Znika wizja kawy, wanny, wycieczki rowerowej, spotkań…
Otto Frank, pozornie beznamiętnym głosem, kolejno odczytuje imiona i nazwiska swoich współmieszkańców. Każde z doklejoną datą. Nie urodzin, śmierci! Kto, kiedy, w jakim obozie.
Wyczytany schodzi ze sceny jak zdmuchnięta świeca.
Gwiazda Dawida pustoszeje. Klaustrofobiczna oficyna naraz zyskuje na przestrzeni. Zostaje tylko dwoje bohaterów: ojciec i córka. Otto i Anne.
– Anne. – Otto mówi cicho, wskazuje podbródkiem wyjście. Anne z zacięciem pisze, jakby chciała skryć się w pamiętniku przed głosem ojca.
– Anne! – Głos ponagla i Anne wie, że już nie ma ucieczki.
Podnosi walizkę i zmierza do wyjścia, jeszcze ogląda się przez ramię, ale tylko raz, po czym zapada się w ciemność.
Gasną reflektory. Otto stoi samotnie na scenie, prawie go nie widać. Ale jest. On jeden przeżył.
Cisza. Przedłużająca się cisza na scenie i na widowni.
A potem… morze braw.
Twoja recenzja wzruszyła mnie do tego stopnia, że i ja zapragnęłam innego zakończenia. Przecież mogłabym zrobić kawę ze śmietanką. przygotować kąpiel, napompować koło, niechże wszyscy cieszą się, bo życie jest krótkie, a powodów do radości zbyt wiele nie ma. Tyle dramatów przeżyła ta kulturalna Europa, a największe wojny niczego ludzi nie nauczyły. Rządy więcej wydają na zbrojenia niż na zdrowie człowieka. Nie ma mądrego, który by przerwał wyścig zbrojeń, znalazł paragraf na tych, którzy wywołują wojny, pociągnął do odpowiedzialności nieodpowiedzialnych władców i zarządził redukcję broni, uzbrojenia i całkowitego rozbrojenia, aby w końcu zapanował pokój na tym świecie.
Zasyłam moc serdeczności
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
Ultro, podzielam Twoje spostrzeżenia i uczucia.
Też jestem idealistką.
Wierzę w dobroć natury ludzkiej, a z drugiej strony na świecie jest tak dużo zła, że to mrozi krew w żyłach. A najgorsze, że w sprzyjających warunkach zło bardzo szybko eskaluje. Puszczają hamulce.
Pewnie dlatego ktoś dopuścił się zdrady kryjówki tych rodzin.
Czasem nachodzi mnie myśl, jak sama zachowywałabym się w takich skrajnych, niegodnych warunkach?
Nigdy nie chciałabym się dowiedzieć.
Pokój to największa wartość na świecie.
Pozdrawiam serdecznie.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Bardzo poruszające, nie wyobrażam, sobie powrotu z takiego spektaklu, jak tylko w ciszy, spacerkiem, w świetle księżyca.
Tyle życiorysów przerwanych brutalnie przez mrzonki polityków, a obecnie żadnej poprawy w tym względzie!
Oby młodzi krzyczeli głośniej, niż nasze pokolenie przeciwko wojnie!
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
Zgadzam się, Jotko, trzeba krzyczeć i opowiadać się przeciwko wojnie, niesprawiedliwości, złu…
Tylko najsmutniejsze jest to, że nas, maluczkich, ci wielcy nie chcą słuchać. Robią swoje, a jeszcze w ten sposób zarabiają duże pieniądze.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Świetnie napisana recenzja! Jakbym tam była i to wszystko widziała, słyszała. Niestety świat idzie na prawo a wiemy już czym może się to skończyć.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Oby nie, Alodio! Oby świat się opamiętał.
Dlatego też potrzeba takich przedstawień, książek, czy choćby nawet recenzji, bo to nasza cegiełka, głos sprzeciwu wobec agresji, przemocy, braku tolerancji.
Wojna to absolutne i bezwzględne zło.
Pozdrawiam i dziękuję!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Takie spektakle i takie historie nie kończą się tak naprawdę wraz z opuszczeniem sali teatralnej. One zostają w człowieku jak coś cięższego niż zwykłe wzruszenie. Raczej jak niewygodne pytanie, które nie daje spokoju przez kolejne godziny, a czasem nawet dni. Bo trudno wrócić do codzienności po czymś, co tak brutalnie przypomina, jak krucha potrafi być normalność i jak bardzo oczywiste rzeczy, które dziś bierzemy za pewnik, kiedyś były marzeniem.
My dziś bardzo lubimy myśleć o historii jako o czymś zamkniętym, przepracowanym, odłożonym na półkę. A takie opowieści brutalnie przypominają, że pamięć nie jest muzeum, tylko obowiązkiem. Nie po to, żeby żyć w ciągłym ciężarze przeszłości, ale po to, żeby nie zgubić wrażliwości na to, jak łatwo człowieczeństwo potrafi się przesunąć w stronę obojętności.
I kiedy gasną światła i milkną ostatnie brawa, zostaje już tylko cisza, która w takich momentach nigdy nie jest pusta. Ona jest pełna wszystkiego, czego nie da się już wypowiedzieć. Zapraszam do mnie
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Bardzo mądrze napisane.
Tak, historii nie da się zamknąć w okładki, zwinąć w rulony i schować do szafy lub szuflady. Niby wszyscy wiemy, że z historii należy wyciągać lekcje, ale między wiedzieć a robić biegnie przepaść, którą trzeba by pokonać.
Dzięki, Andrzej.
PolubieniePolubienie
Dokładnie, i chyba najtrudniejsze jest to, że ta przepaść między „wiem” a „robię” nie znika sama. Łatwo przytaknąć, trudniej naprawdę wyciągnąć wnioski w codziennych decyzjach, kiedy emocje, interesy i wygoda robią swoje. Dlatego takie przypomnienia o historii są potrzebne, nawet jeśli czasem niewygodne.
PolubieniePolubione przez 1 osoba