Most przerzucony przez dolinę rzeki Neretwy, która rozcina ziemię niby głęboka rana. Nie da się w prosty sposób przeprawić na drugą stronę. Jedyna opcja to most. Najpierw drewniany, później kamienny, przez wiele lat bezcenny. Nic dziwnego, że jego strażnicy mieli olbrzymie znaczenie i że miasto, które powstało wokół, nosi nazwę od tychże strażników, Mostari. Mostar był jednym z dwu miast, które odwiedziliśmy w Bośni i Hercegowinie w celach czysto turystycznych.
Stary Most dziś to głównie atrakcja turystyczna, świetny punkt widokowy i miejsce, gdzie za odpowiednią opłatą można być świadkiem widowiskowego skoku do wody. Na nogi, jeśli chcemy wersję tańszą, na główkę jeśli wybierzemy opcję “deluxe”. Skoczkowie to członkowie klubu i mają na moście swoje biuro, gdzie ponoć można nawet skorzystać z odpowiedniego kursu, by samemu dołączyć do zabawy. Tradycja bardzo stara – dawniej skakano by udowodnić swą męskość i odwagę, dziś za odpowiednią opłatą, kolejny znak czasów… W lipcu co roku odbywają się oficjalne zawody. Już teraz na moście było tłoczno, wolę nie myśleć, jak tłoczno musi być w ich trakcie… ![]()
Miasto, podobnie jak większość miejsc w Bośni i Hercegowinie, nosi blizny po wojnie domowej. Czasem są to tylko niewielkie wyrwy, czasem budynki wyglądają jak antyczne ruiny, z których pozostał jedynie szkielet budowy. Inwestorzy starają się miasto odbudowywać, ale rany jeszcze długo będą widoczne…
Ale to nie jedyne “straszaki” – na naszej trasie mijamy niedokończony hotel. Według naszej przewodniczki prace przerwano, gdy okazało się, że inwestorzy nie uzyskali odpowiednich pozwoleń. Symptom państwa, gdzie chyba wciąż jeszcze pewnych rzeczy bez łapówek załatwić się nie da… ![]()
Mostar, podobnie jak większość kraju, jest w przeważającym stopniu miastem muzułmańskim. Tu również odwiedzamy miejscowy Meczet Koski Mehmed-Pasza i choć nie jest on tak okazały jak ten w Sarajewie, to ma tę zaletę, że spacerując wewnątrz nie musimy zdejmować butów, czy osłaniać głów. Wnętrze równie zachwycające, z tymi samymi charakterystycznymi elementami (jak choćby mikrofon w połowie schodów “do nieba”).
Na koniec wizyta w Domu Tureckim. Przepiękna budowla, która powstała już w XVI wieku, jest najstarszym zachowanym domem w Mostarze. Cudny kamienny dziedziniec, interesujące drzwi, które ktoś postanowił umieścić poziomo. Część żeńska z narzędziami do tkania, część męska z pięknym widokiem na rzekę, zawieszona nad jej nurtem. Wszystko w zgodzie z tradycją Imperium Osmańskiego. Wszystko wysłane bogato zdobionymi dywanami.
Wracamy ciasnymi uliczkami, pełnymi drobnych sklepików. Choć tu, w przeciwieństwie do krajów takich jak Maroko, nikt nas nie próbuje namawiać do zakupów. Chcesz coś kupić, proszę bardzo. Nie chcesz? Śmiało idź dalej. Religia to nie kultura, choć tak często zdarza nam się je mieszać…
Miasto słynie z gorąca i faktycznie, choć klimat teoretycznie ten sam, to tu z przyjemnością witam klimatyzowane wnętrze autokaru. A to przecież dopiero kwiecień…
Nie podróżuje, więc chętnie czytam takie relacje. Mam dwa skojarzenia: zniszczony w końcówce II wojny Wrocław, bo Niemcy postanowili, chyba, że nie oddadzą ani jednego domu, oraz z mostem – posiadłość/dom Diany de Poitiers jaką otrzymała od kochanka króla Henryka II. Lubiła polować, więc do domu kazała dobudować przez rzekę most prowadzący do lasu. Akurat wczoraj oglądałam odcinek programu „Historia w postaciach zapisana”.
PolubieniePolubienie