Lato. W Holandii znów upały. Szykujemy się do wyjazdu do rodziny i jak zwykle w takich sytuacjach mnożą się różne sprawy do załatwienia. Najważniejsze to dopełnienie formalności a propos nowych szkół dzieci.
Szumnie zapowiadałam relację z koncertu Metalliki, a tymczasem na blogu sezon ogórkowy, a mnie przygniatają ogórki, znaczy się wyrzuty sumienia.
Ech, cała ja! Dobre chęci, obiecanki, a potem tłumaczenie się i przepraszanie. Albo już nawet bez przepraszania, bo wstyd wciąż przepraszać.
W ramach rekompensaty wrzucam Wam mozaikę zdjęć z Dublina.
Takich różnych, nieskategoryzowanych, z których pewnie i mógłby powstać cały artkuł. Ależ że nie powstał, to sobie popatrzycie na dublińskie widoczki.
Może kogoś zachęcą do przyjazdu?
A jeśli nie, to chociaż w ten sposób poczujecie klimat stolicy Irlandii.
Czego mi brakowało w Dublinie? Może jakiegoś jednego głównego placu, rynku, a poza tym wszystko było: i zabytki, i zieleń, i nawet ładna pogoda, choć straszyli deszczem. ![]()
Po odrobinę historii zajrzeliśmy do Muzeum Narodowego.
Wstęp jest darmowy, więc warto wejść, zobaczyć artefakty jeszcze z ery wikingów i okresu celtyckiego. Miseczek, biżuterii jest mnóstwo, ale mnie najbardziej wryły się w pamięć szczątki ludzkie zmumifikowane w tutejszych bagnach. Ostrzegam wrażliwców.
Galeria Narodowa również jest dostępna gratis, ale nam nie starczyło czasu na obrazy.
A propos muzeów – zaszliśmy jeszcze do Muzeum Małego Dublina, które szczyci się kolekcją ciekawych zbiorów przyniesionych przez mieszkańców.
Jest tam mydło i powidło, ale największą atrakcją są aktorzy, którzy z wielkim entuzjazmem opowiadają o wybranych eksponatach. Nasza przewodniczka nawet zaśpiewała irlandzką pieśń.
Jednak jeśli nie przepadacie za interakcjami z nieznajomymi – uprzedzam, że na początku otrzymaliśmy komendę nawiązania znajomości z przypadkową osobą. W ten sposób poznałam sympatyczną wykładowczynię z Paryża, która – jak mi powiedziała – trochę zna Polskę, bo bywała w gościnie na uniwersytecie w Krakowie. Do dziś pamiętam twarz tej uroczej pani. A poza tą Francuzką, zapamiętałam domek dla lalek – największy w Irlandii.
Pełne gwaru irlandzkie puby meldowały się w poprzedniej notatce, więc pozwólcie, że już nie będę do nich wracać.
Oprócz pubów, w Dublinie, odnotowaliśmy sporo zieleni.
W końcu nie na darmo mówi się “Zielona Wyspa”.
Odwiedziliśmy skwer z pomnikiem Oskara Wilde’a.
Wokół tego zielonego zakątka znajduje się domostwo pisarza i szereg specyficznych domów z przykuwającymi wzrok drzwiami wejściowymi w pastelowych kolorach, te drzwi są bardzo charakterystyczne dla Dublina.
Puk, puk. Które najbardziej zachęcają do wejścia?
Park Św. Stefana nas zauroczył i przeniósł w przeszłość, za sprawą starych rzeźb i monumentów.
A propos pomników w Dublinie napotkaliśmy ich sporo. Oto nasza kolekcja:
Milenijny Szpic również jest zaliczany do pomników, tyle że współczesnych. Stalowa Iglica na O’Conell Street mierzy 120 m i jest nowoczesnym symbolem Dublina, a także miejscem spotkań.
Tuż obok znajduje się również bardzo ciekawe miejsce: e – spotkań.
Kapsuła z ekranem, na której wyświetla się fragment ulicy innego państwa, a nawet kontynentu. My akurat trafiliśmy na transmisję z Warszawy i Brazylii. Przyznam, że po raz pierwszy zetknęłam się z taką formą komunikacji.
A Wy? Spotkaliście się z już czymś takim? Wiecie, jak się nazywa taki punkt?
Jak Irlandia, to jeszcze kościoły; na czele z Katedrą Świętego Patryka, świątynią narodową i zarazem największą budową sakralną kraju.
Niestety, obejrzeliśmy ją wyłącznie z zewnątrz, bo w środku akurat odbywały się nabożeństwa kościoła anglikańskiego i nie wpuszczano turystów.
Natomiast przy Katedrze Kościoła Chrystusowego mieliśmy nocleg, więc był to najczęściej oglądany przez nas zabytek podczas całego pobytu.
Aczkolwiek również zabrakło nam czasu na zwiedzanie wnętrza i krypt.
Natomiast dźwięk dzwonów z tutejszej wieży zapamiętamy równie dobrze jak „Masters od Puppetes” Metalliki. ![]()
Jeszcze na koniec rzeka Liffey, przepoławiająca miasto i urokliwy mostek Ha’penny Bridge (dawniej przechodnie musieli uiścić pół pensa za przejście, stąd ostała się nazwa). Obecnie spacer kładką nic nie kosztuje, podobno można stąd podziwiać urokliwe zachody słońca.
I tyle Dublina musi nam wystarczyć.
Życzę Wam słońca na wakacje, ale niech nie grzeje za mocno, tylko wiecie, tak z umiarem. Pięknych wschodów i zachodów niekoniecznie w Dublinie, tylko tam, gdzie Was wakacje poniosą. ![]()