W miniony weekend w Holandii pogoda nas porozpieszczała, być może na osłodę sezonu szkolnego, bo u nas już trzeci tydzień nauki…
Sobotę spędziliśmy w szkole polonijnej, toteż ze słonkiem się rozminęliśmy, ale za to w niedzielę… w niedzielę nadrobiliśmy! Bo niedziela, moi mili, upłynęła nam w zoo. Zaliczyliśmy cały, calutki dzień na świeżym powietrzu, wśród przyrody, pod baldachimami rozłożystych drzew; oglądaliśmy małpy bujające się na ogonach, lwy morskie baraszkujące w wodzie, a motyle trzepotały nam skrzydłami tuż przy twarzy. Działo się.
Wiem, że ogrody zoologiczne budzą mieszane uczucia i pewnie mają tyleż sojuszników co przeciwników, zresztą sama bywam w zoo od wielkiego dzwonu.
Dlaczego więc tym razem poszłam?
Po części dla Okruszka (córka już dawno prosiła), a poza tym z ciekawości i dlatego, że w Ogrodzie Zoologicznym Artis w Amsterdamie jeszcze nie byłam. A słyszałam o nim parę dobrych opinii! Moja koleżanka odwiedza je z rodziną regularnie, mają roczny karnet.
Temat zoo, całkiem przypadkiem, wypłynął na poprzedniej lekcji kursu niderlandzkiego, na który uczęszczam. Wywiązała się dyskusja, bo jedna z kursantek, Dasza, opowiadała, jak to w wakacje odwiedziła popularne zoo safari w środkowej Holandii Beekse Bergen i… cała jej rodzina była rozczarowana! Jechali prawie dwie godziny z nadzieją na fajny dzień, tymczasem powierzchnia ogrodu była ogromna – nachodzili się, umęczyli, a zwierząt nie widzieli prawie wcale – wszystkie albo się pochowały, albo spały. I Dasza spuentowała swoją opowieść, że o wiele bardziej podobało jej się zoo w Amsterdamie, bo jest stosunkowo małe i zwierzęta przynajmniej WIDAĆ.
Parę kursantów przytaknęło, bo też znali Artis i polecają.
To mnie zmobilizowało, by wybrać się do Amsterdamu, zweryfikować zasłyszane opinie i wyrobić własną. A że Igotata był zawalony robotą, a starsze dzieci nie zapałały entuzjazmem do wycieczki (Groszek wręcz zbojkotował samą ideę zoo), to wybrałyśmy się do Artis tylko we dwie, ja i Okruszek. Jedenastoletni, wyższy ode mnie, ale (dla mnie) nadal Okruszek. Słonko świeciło, humory nam dopisywały, aż piosenkę sobie nuciłyśmy „Idziemy do zoo, zoo, zoo” i powiem wam, że spędziłyśmy wspaniały dzień.
Nie będę wymieniać wszystkich zwierząt, które widziałyśmy, bo ich nie pamiętam, zresztą takie wyliczanki pewnie by Was znużyły.
Skupię się na tym, co wyróżnia ogród zoologiczny w Amsterdamie.
Lokalizacja, oj to na pewno!
Artis leży w samiutkim centrum Amsterdamu, w starej dzielnicy Plantage.
Zajmuje powierzchnię 14 hektarów i po jednej stronie graniczy z kanałem – płynąc łódką można dostrzec żyrafy, zebry i słonie.
A że w tę upalną niedzielę w Amsterdamie roiło się od barek i kajaków, to spacerując z Okruszkiem alejką równoległą do kanału, co chwilę widziałyśmy, jak ludzie w łodziach wstawali i wypatrywali zwierząt: olifant! Zebra! Giraf!
Obszar ogrodu nie jest wielki – całość można obejść wzdłuż i wszerz na spokojnie i bez bólu nóg.
Czy to znaczy, że zwierzęta mają małe wybiegi? Ptaki, owszem. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Patrzyłam na nie ze smutkiem. Było mi żal, że nie mogą porządnie rozprostować skrzydeł, bo siatka broni im dostępu do nieba.
Jednak „domy” innych zwierząt są zrobione z pomysłem.
Dla małp wytyczono długie, podniebne tunele prowadzące do kilku pomieszczeń. Podobnie z wilkami. Dwa oddzielne wybiegi łączy podziemny korytarz. My akurat wilków nie widziałyśmy, może odpoczywały w samotności?
Jednak większości zwierząt można przyjrzeć się z bliska. Żyrafa wystawiła głowę nad ogrodzeniem, więc miałyśmy nad sobą jej podniebienie, aż przeszło mi przez myśl, że nas opluje. ![]()
Historia, a jakże!
Artis to najstarszy ogród zoologiczny w Holandii. Jego początki sięgają roku 1838! Zachowuje klimat XIX wieku, zgrabnie bratając się z nowoczesnością.
Okruszek skupiał się na wyszukiwaniu zwierząt (plus lodów), natomiast ja wyłuskiwałam ślady przeszłości: majestatyczne drzewa z rozłożystymi gałęziami, które może kiedyś dawały cień samej Annie Frank, zanim wybuchła wojna? I słyszały jej beztroski dziecięcy śmiech.
Moją uwagę przykuły też historyczne budowle z ciekawymi detalami: witrażami, płaskorzeźbami, kolumienkami oraz ciekawe rzeźby. Figury zwierząt z brązu umiejscowione przed wybiegami zapowiadają, kogo spotkamy. Małpę? Lwa?
A przy głównym wejściu powitał nas sam Doktora Dolittle! Przynajmniej tak stwierdził Okruszek, a ja już nie poprawiałam, że to trzeci dyrektor Artis. Naprawdę wyglądał jak Dolittle!
Rozbawił nas pomnik żyrafy, której weterynarz zagląda do ucha używając drabiny.
Zielono mi!
Artis to jednocześnie ogród botaniczny z bogactwem ciekawych roślin, w tym rzadkich i egzotycznych. Zieleń otaczała nas z każdej strony, ot kawałek dżungli w mieście.
Warto zabrać z sobą przekąski, napoje i urządzić sobie tutaj piknik. Jak najbardziej jest to dozwolone! Zwróciłyśmy uwagę, jak wiele ludzi rozsiadało się na kocach z kanapkami i termosami, niektórzy nawet polegiwali patrząc w chmury, czy wręcz drzemkowali. ![]()
Ale bez własnego kocyka też odpoczniecie. Ławek tam, panie, dostatek!
Są regularnie rozmieszczone w głównych alejkach, ale też ukryte w ustronnych zakątkach, nad wodą, bo trzeba wam wiedzieć, że zakochani chętnie umawiają się do Artis na randki. Tak, tak, bardzo tu romantycznie. Randkowicze znajdą spokój choćby w ogrodzie japońskim.
Ale tu chodzi o zwierzęta!
Ano tak. Niezaprzeczalnie. W ogrodzie zoologicznym zwierzęta powinny być najważniejsze. Artis zapewnia, że stawia nie na ilość zwierząt, ale właśnie na ich dobrostan, odpowiednio dobraną dietę, rewitalizację pomieszczeń, obszerną przestrzeń.
Z szacunku do zwierząt w tutejszych restauracyjkach serwuje się wyłącznie potrawy wegetariańskie.
W trosce o środowisko naturalne nie wydaje się darmowych papierowych mapek. Plan zoo można nabyć za 2 euro, jest on drukowany na papierze podlegającym recyklingowi.
A i jeszcze jedno – cała powierzchnia zoo (bez wyjątku!) jest objęta zakazem palenia.
W Artis można zobaczyć ponad 900 gatunków zwierząt. My widziałyśmy mniej, ale jesteśmy zadowolone. Podobała nam się zwłaszcza Małpiarnia i Motylarnia.
To pawilony, w których panują warunki idealne do życia dla ich mieszkańców i owi mieszkańcy mogą hasać sobie w nich wolno, swobodnie i beztrosko. Tu ludzie są gośćmi i muszą respektować obowiązujące zasady.
Warto, gospodarze się odwdzięczą, pokażą fragment swojego życia choć ciut zbliżony do warunków naturalnych. Małe małpki zwisały na lianach. Motyle fruwały między odwiedzającymi,i tylko co i rusz skrzydła furkotały. Piękne takie, w jaskrawych barwach. Mnie zachwycił gatunek dużych błękitnych motyli, niestety były takie szybkie, że nie zdążałam przytrzymać ich w kadrze, wciąż się wymykały.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła nas strefa lemurów, w jej obrębie zwierzęta też pozostawały na wolności. Bez boksów, krat, szyb, siatek. Można stanąć oko w oko z lemurem. Byle nie dotykać i nie głaskać. No i nie karmić, ale to już w całym zoo obowiązuje zakaz.
Dłużej zatrzymałyśmy się też przy pingwinach afrykańskich. Zabawnie się poruszały, kolebiąc na boki. Niektóre wskakiwały do wody i zażywały kąpieli.
Podobnie lwy morskie – również harcowały w wodzie na całego. Aż troszkę im zazdrościłyśmy.
Za to jaguary, czarny i cętkowany, oddawały się błogiemu lenistwu.
Okruszkowi spodobały się kapibary, mnie – pieski preriowe.
I jeszcze żółta i niebieska żaba. Plus olbrzymie afrykańskie ślimaki, takie przerośnięte winniczki.
Tylko Akwarium nie zwiedziłyśmy, ponieważ od 2021 roku pozostaje w remoncie. Na szczęście to już końcówka robót! W pierwszej połowie 2026 roku ma być udostępnione do zwiedzania, podobno będzie hitem!
A jakby komuś było mało…
… to może odwiedzić Planetarium i Micropię, które też znajdują się na terenie Artis.
Nam na Micropię nie starczyło czasu, ale w Planetarium właśnie trafiłyśmy na seans, więc skorzystałyśmy. Zapadłyśmy się w fotele i odbyłyśmy podróż przez naszą galaktykę, do gwiazd i planet Układu Słonecznego.
Z kolei Micropia jest dedykowana najmniejszym mieszkańcom Ziemi, bakteriom, wirusom. Ponoć jest to jedyne na świecie muzeum poświęcone mikroorganizmom. My zresztą kiedyś w nim byliśmy. Okruszek jeździł w wózku, starsze dzieci były w wieku wczesnoszkolnym. Pamiętam, że można było skanować swoje ciało i sprawdzić ile drobnoustrojów na sobie nosimy, i w jakich partiach najwięcej. Długo nie mogłam tego “odzobaczyć”! Bakterie mnie potem prześladowały, widziałam je wszędzie.
Może to nawet lepiej, że teraz zabrakło nam czasu?
I tak wrażeń miałyśmy pod dostatkiem. W drodze do domu przerzucałyśmy się nazwami zwierząt, które najbardziej przypadły nam do gustu albo po prostu zapadły w pamięć. I było ich sporo! A Artis polecamy. ![]()
Dobrze, że zwiedzanie nie ogranicza się tylko do podziwiania zwierząt – ogród botaniczny, Planetarium i Micropia dodają całości edukacyjnego wymiaru. Z Twojego opisu wynika, że mimo niewielkiej powierzchni zoo oferuje sporo atrakcji, a bliskość centrum Amsterdamu to dodatkowy plus. Wygląda na miejsce, gdzie można spędzić dzień w spokoju, a jednocześnie w ciekawy sposób połączyć edukację i relaks.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dokładnie, Andrzeju.
Oaza zieleni w środku stolicy. 🙂 Na pewno atrakcja dla dzieci, dla dorosłych zresztą również – jakaś forma odmiany choćby pomiędzy zwiedzaniem muzeów i zamkniętych pomieszczeń. Nie wspominając, że zieleń koi nerwy, a w skwarny dzień zapewnia ochłodę. Niestety, bilety wstępu bardzo drogie.
Mieszkańcy często wykupują roczny abonament, a turyści – wykupując miejską kartę I amsterdam mają wstęp do zoo już w cenie (obok komunikacji miejskiej, rejsu po kanale, wypożyczenia rowerów i wstępu do muzeów i innych atrakcji turystycznych).
PolubieniePolubienie
Gdy byłam w micropii to wciąż kichała pewna azjatka koło mnie – bez zasłaniania ust. Po koronie jestem na to bardzo wrażliwa. Byliśmy jakiś miesiąc temu. Fajnie, ale było mmi mało. W Artis byłam lata temu. Jest to fajniejsze zoo niż to w rotterdamie, ale nadal zwierzęta widać, bo nie mają możliwości się schować. A ich instynktem jest szukanie spokoju i odpoczynku. Za właśnie takie podejście do dawania świętego spokoju zwierzętom uwielbiam zoo Hoenderdael w Anna Paulowna. Jak nie widać zwierza to dlatego, że nie chciał być zobaczony i ja to szanuję. Ludzie niestety tam nie wiedzą jak działają śluzy w budynkach, gdzie zwierzęta biegają luzem. Powinna być zawsze zasada, aby co najmniej jedne drzwi były stale zamknięte [jak w supermarketach zimą] ale ludzie myślą, że są sobie nawzajem grzeczni i trzymają innym drzwi otwarte. W tym czasie wypuszczają ciepło i dają zwierzętom możliwość ucieczki. A dzikie zwierzęta na wolności się odstrzeliwuje… iedyś widziałam kazuara, leżał pod bambusem. Ludzie chodzili metr od niego i nikt go nie widział. uważam, że takie warunki powinny być wszędzie i że z czasem zamknie się te starego typu ogrody, gdzie zwierzęta traktowane są jak mebel do zobaczenia, a nie żywa istota, która sama wie, co dla niej najlepsze.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dzięki, Traszko! Słuszne są Twoje spostrzeżenia, oczywiście zgadzam się z Tobą. Ogrodu zoologicznego w Anna Paulowna nie znałam, ale aż sobie wygugluję z ciekawości. To piękne tereny i trzeba by się wybrać, niestety cosik daleko od nas, ale będę miała na uwadze.
PolubieniePolubienie
No coś w sam raz dla mnie, bo i zwierzaki i rośliny, a i restauracja mile widziana. ZOO naprawdę stare, nie przypuszczałam, że w Holandii jest takie! Bywam w poznańskim ZOO, ale marzą mi się wielkie ogrody, jak Wrocław czy Łódź…
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Jotko, ja latem byłam w Łodzi na parę dni, ale do ZOO nie dotarłyśmy. Zabrakło nam dnia. A też słyszałyśmy o nim sporo dobrego, zwłaszcza o Orientarium. Wrocławskiego też nie znam, a przecież to klasyka, pamiętam jeszcze z telewizji państwa Gucwińskich i program: „Z kamerą wśród zwierząt”.
PolubieniePolubienie
Cześć, widzę że to fajne miejsce na odpoczynek i podglądanie natury w samym centrum dużego miasta. Połączenie zoo i ogrodu botanicznego, czyli można zrobić sobie piknik, lubię to 😀
Ja bardzo lubię zoo w Zamościu, bo jest dość małe i przyjazne, ale miejsca na piknik tam raczej nie ma. Pozdrawiam!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Hej, hej! Dziękuję za odwiedziny i miłe słowo. 🙂
W Zamościu nie byłam, ale marzę, by tam kiedyś dotrzeć i zobaczyć na żywo rynek, ratusz i kamienice. A kto wie, może i zoo? 🙂
PolubieniePolubienie
Jeśli zapewniasz, że zwierzętom tam dobrze, to jestem spokojniejsza. Dobrostan zwierząt to dla mnie bardzo ważna sprawa. Nie mogłabym znieść ich niedoli.
PolubieniePolubione przez 3 ludzi
Wiem, wyobrażam sobie, ja zresztą mam podobnie.
I choć strony internetowe w ogrodach zoologicznych zwykle zapewniają, że ich misją jest dbanie o dobrostan zwierząt, to do końca nie jestem przekonana, czy to się w pełni przekłada na rzeczywistość, czy to po prostu taka moda, a nawet nie moda, tylko wymóg, które współczesne zoo muszą spełniać. W Artis zwierzęta raczej miały wygodne wybiegi i dobre warunki, ale mimo wszystko to nie to samo co życie w zupełniej wolności.
Te ptaki to mnie martwiły. Nawet zdjęć im nie robiłam, bo za tą siatką – smutne mi się wydały. Lemury, małpy, motyle, lwy morskie – te akurat mają sporo swobody.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Biedne ptaki… Dziękuję, że się przejmujesz
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Wiesz, myślę, że ptakom (latającym wysoko) generalnie zoo nie służy. Muszą bardzo tęsknić za wzbiciem się w niebo i lataniem…
PolubieniePolubienie