Tak, tak! Kortez koncertował w Hadze. Piątek, 29 maja – jak mogłam nie być? No, jak? Uwielbiam! Za głęboką wrażliwość. Za bycie sobą. Za talent, w dodatku kosmiczny. Za rzewną nutę, wibrującą jeszcze długo w powietrzu. I za teksty oczywiście!
Melancholijne ballady Korteza bezbłędnie znajdują drogę do emocji. A tam wnikają w najwęższe szczeliny. I tak sobie w nich osiadają.
Koncert miał świetną lokalizację – nowoczesną salę Amare, słynącą z doskonałej akustyki.
Tu dygresja: Amare to obiekt kulturalno – edukacyjny, otwarty zaledwie pięć lat temu, którego budowa pochłonęła gigantyczne kwoty euro. Nie obyło się bez skandali i kontrowersji, wielu Holendrów sprzeciwiało się tak kosztownej i „elitarnej” inwestycji, twierdząc, że te pieniądze można było wykorzystać inaczej. Cóż, nie mnie to oceniać.
Na pewno Amare jest świetnie położone, bo tuż przy dworcu centralnym. Poza tym posiada przestronny podziemny parking. Sam budynek jest na tyle kompaktowy, że w jego wnętrzach może jednocześnie obywać się kilka wydarzeń muzycznych. Gdy my słuchaliśmy Korteza, w równoległej sali występowała grecka pieśniarka, a piętro wyżej wystawiano musical West Side Story. Nikt nikomu nie przeszkadzał.
Ciekawa jest nazwa budynku, oparta na grze słów – amare po włosku znaczy kochać, natomiast a mare (nad morzem) kładzie akcent na wyjątkowe położenie obiektu. Koniec dygresji.
Wróćmy do Korteza. Koncert był kameralny, atmosfera nastrojowa, momentami intymna.
Przemawiała jedynie muzyka, piosenki, światła.
Sam Kortez podczas koncertu był oszczędny w interakcjach. Nie z ignorancji. Po prostu… Taki jest. Autentyczny, skromny. Nie potrzebuje „gwiazdorzenia”, zagadywania słuchaczy, zapewniania, że są najlepszą publicznością ever.
Skupia się na muzyce. To ona jest jego narzędziem komunikacji.
Śpiewa (ach, ten ochrypły wokal!), gra na gitarze, pianinie i puzonie. Pisze teksty.
Tylko tyle i aż tyle.
Dwie godziny minęły nie wiadomo kiedy.
Wbiło mnie w fotel, byłam jak zahipnotyzowana. Jakbym znalazła się w jakimś muzycznym kalejdoskopie: kolorowe nuty tańczyły sobie we mnie, oświetlane wiązkami migoczących świateł.
Układały się w opowieści o życiu. Wszystko tam było! Samotność, miłość, rozczarowanie, zdrada, dojrzałość i jej brak, upływ czasu, strata, walka o miłość albo zaprzestanie walki – „dobry moment”, by się rozstać. Albo… zostać.
Słyszałam, że piosenka „Zostań” uratowała pewne małżeństwo. Po jej wysłuchaniu, wiarołomna żona, zdecydowała się zakończyć romans i wrócić do męża.
To tylko potwierdza, jak wielką moc ma sztuka! Z całą pewnością ją ma.
Moje ulubione piosenki: Nic tu po mnie, Zostań, Od dawna już wiem, Hej wy, Stare drzewa, Dobry moment, Z imbirem i… ach, przecież ta lista nie ma końca!
Jedyne czego żałuję, to tego, że po koncercie nie zostałam po autograf. Nawet nie pytajcie dlaczego!
Na szczęście od znajomej pani Ani B. dostałam zdjęcia, które tu wklejam.
Wiem, że Kortez wyszedł do ludzi pogadać. Jest fajny i „normalny”, ale co do tego nie miałam wątpliwości. Pozował do zdjęć, zagadywał. Mam czego żałować! I po co wracać.
Też mam wrażenie, że Kortez należy do tych artystów, którzy nie potrzebują wielkiego show, bo całą robotę robią emocje i muzyka. Swoją drogą zaciekawiła mnie ta uwaga o Amare – czasem ludzie narzekają na wydatki na kulturę, a później takie miejsca żyją i przyciągają tłumy. Może problem nie jest w samych inwestycjach, tylko w tym, jak są później wykorzystywane? A autografem bym się nie przejmował, czasem najlepszą pamiątką jest właśnie to uczucie, z którym wraca się do domu po koncercie
PolubieniePolubienie