Moi Drodzy, jak się macie? Radzicie sobie z upałami? W Holandii powietrze przypomina podgrzany syrop, a nasze poddasze zmieniło się w saunę. Mamy czerwony alert, zamknięto szkoły. 37 stopni? Dla mnie to stanowczo za dużo. Włączam tryb przetrwania i czekam na dziesięć kresek mniej.
Dokładnie tydzień temu polecieliśmy do Dublina na Metallikę.
Koncert rozkładał się na dwa wieczory: piątkowy – w deszczu i niedzielny – w słońcu. Oba spektakularne! Jeszcze pokażemy migawki z koncertu, podzielimy się wrażeniami (gdy się ciut ochłodzi).
Ale POMIĘDZY i oprócz stadionu Avivy, udało nam się liznąć nieco Dublina.
I powiem Wam jedno: w Dublinie można odmłodnieć!
Nawet jeśli nie fizycznie, to mentalnie.
Mnie już po pierwszym dniu ubyło dwadzieścia lat, jeśli nie więcej.
Już na wejściu do pokoju hotelowego, plakat na ścianie zapraszał do zrzucenia swojego ‘bagażu’. Uprzejme, prawda? I jakie praktyczne!
Super, nie trzeba było nam tego powtarzać!
Z chęcią pozbyliśmy się balastu zmartwień i problemów. Wnet człek się wyprostował, a krok stał się bardziej żwawy, pewny.
Dobrą formę trzeba wykorzystać – od razu ruszyliśmy w miasto.
A to miasto okazało się młodsze od nas! Na ulicach – luz i zabawa.
Każdy uśmiechnięty, w kolorowych ciuchach, fryzury różnorodne i szalone, jak choćby wałki na włosach u kobiet – nie jako etap pośredni, lecz uczesanie samo w sobie. Nikt się nigdzie nie śpieszy, ludzie z sobą rozmawiają.
I z każdego zaułka wyskakuje pub (a w dzielnicy Temple Bar to już w ogóle istna pubowa plaga), a w każdym pubie pełne obłożenie.
Guinness leje się z kraników i towarzyszy rozmowom wszelakim: tym płytszym i tym egzystencjalnym, w zależności od liczby kufli z chmielową ambrozją.
Ale w pubie można również dobrze zjeść.
My pozwoliliśmy sobie na tradycyjny irlandzki gulasz. Był pyszny!
A że w godzinach szczytu ludzie cisną się na ławkach i ktoś obcy dosiada się do twojego stolika, a wszyscy wokół się przekrzykują? To tylko kolejny lokalny koloryt, który ujmuje lat.
Nic dziwnego, że obudziła się moja studencka dusza i zapragnęłam odwiedzić kampus Trinity College. Igotata wolałby pozostać w pubie, ale gdy usłyszał, że to najstarszy uniwersytet w Irlandii i że w gronie jego absolwentów jest Bram Stoker, który wymyślił Draculę (spacerując wśród średniowiecznych murów) i jeszcze Oscar Wilde od „Portretu Doriana Graya”, i Swift od Guliwera – to łaskawie podniósł się z barowego stołka, Igotata znaczy się, bo Swift i Stoker – to nie wiem, a Oskar Wilde nadal poleguje sobie na pomniku w parku i śmieje się pod wąsem z focących go turystów.
A propos pomnika – akurat natrafiliśmy na inwazję azjatyckich turystów i naprawdę musiałam odnaleźć w sobie pokłady cierpliwości, by zrobić zdjęcie. Gdy w końcu poszli, Oskar Wilde mógł sobie w spokoju poczytać “Dobrą dziewczynę” ‘naszego’ Michała. ![]()
Wróćmy jednak na uniwersytet. Najwyraźniej owego dnia przypadała obrona prac magisterskich, bowiem z gmachów uczelni, w regularnych odstępach, dobiegały oklaski, a następnie – również w regularnych odstępach – wysypywali się studenci w togach i wpadali prosto w objęcia swoich bliskich, oczekujących ich z kwiatami na dziedzińcu. Łezka w oku mogła się zakręcić.
Chwilę chłonęliśmy tę niezwykłą atmosferę, po czym udaliśmy się do Starej Biblioteki, wisienki na campusowym torcie.
Tutaj bowiem jest przechowywany irlandzki skarb narodowy: Księga z Kells, cenny manuskrypt z 800 r. n.e, zawierający cztery Ewangelie Nowego Testamentu.
Digitalny przewodnik w języku polskim dokładnie i cierpliwie objaśniał nam arkana pracy celtyckich mnichów, którzy naprawdę mieli dłonie pełne roboty. Odręcznie sporządzali wszystkie teksty, misterne ilustracje, wszelkie zdobienia, roślinno – zwierzęce motywy, symbole.
Gdy już zgłębiliśmy tajniki powstawania Księgi z Kells, przeszliśmy do jednej z najpiękniejszych bibliotek świata: Długiej Sali, która jest jednocześnie najdłuższą salą biblioteczną w Europie.
Mroczna świątynia starych książek. Po obu stronach długiego korytarza ciągną się małe kapliczki ze spiralnymi schodkami. My akurat trafiliśmy na wydarzenie historyczne: część regałów dopiero co została opróżniona, gdyż stare woluminy właśnie zostają poddawane renowacji.
Widzicie, też się odmładzają! Ach, ten Dublin!
Na szczęście nie zdążyli wyjąć wszystkich woluminów, bo jednak zwiedzanie biblioteki bez ani jednej książki i patrzenie na ogołocone półki nie do końca, by nam odpowiadało.
A tak, chociaż w początkowych wnękach, mogliśmy sobie popatrzeć na poustawiane księgi, grzbiet obok grzbietu tworzył efekt mozaiki.
Ciemną kolorystykę sali rozjaśniała podwieszona do sufitu błękitno – zielona ‘Gaja’ oraz biel marmurowych popiersi ustawionych w alejce gwiazd: Platon, Arystoteles, Homer, Szekspir i inni wielcy, w tym cztery kobiety (dołączone od roku 2023, nie wcześniej).
Za szybką, ma swoje miejsce również najstarsza irlandzka harfa (Briana Boru), a trzeba wiedzieć, że jest to instrument szczególny dla Irlandczyków: złota harfa ze srebrnymi strunami znajduje się na godle Irlandii, ponadto zdobi monety, znaczki, magnesy i wszelkie pamiątki.
W Dublinie nawet most mają w kształcie harfy!
W żyłach Irlandczyków bezsprzecznie płynie muzyka.
Nam, piątkowy wieczór, wypełniła muzyka Avatara, Pantery i oczywiście Metalliki (ale to już temat na oddzielny wpis).
Piątek, 19 czerwca 2026 r. – tego dnia ubyło nam co najmniej dwadzieścia lat, jak nie więcej. Dublin resetuje Pesel; i to jak!
U nas też upały koszmarne. Moje mieszkanie to 19m2 na 4-tym piętrze bez windy z cienkimi, szybko nagrzewającymi się murami. Mieszkam tu 40 lat, osiedle jest bardzo przyjazne i zielone ale w.w. szczególnie w czasie upałów nie do życia. Ale wreszcie mam nadzieję na zmianę.
Oczywiście z Waszej wycieczki najbardziej podoba mi się biblioteka. W następnym życiu będę na tyle bogata, że nie tylko będę pracować w bibliotece ale i zwiedzać świat oglądając nie kościoły a biblioteki.
PolubieniePolubienie
Ojoj, nawet czytając i oglądając zdjęcia odmłodniałam co nieco:-)
Świetny wypad, muzyczno-kulinarny można rzec!
Gorąc jak w piekle, nie ma zmiłuj!
PolubieniePolubienie