Jestem fanem zespołu od 35 lat. Niestety, nigdy nie widziałem ich na żywo. Najpierw brakowało pieniędzy, później czasu. Czy może motywacji, by zawczasu znaleźć informację o koncertach i odpowiednio wcześnie kupić bilety? W tym roku w końcu się udało. W dodatku dostępne były tylko bilety dwudniowe. Wiele lat nie byłem na żadnym koncercie, tym razem z Igomamą wybraliśmy się na dwa. I choć zespół był ten sam, to koncerty były bardzo różne.
Dwa dni, dwa koncerty, dwa oblicza. Jedno moje: pesymistyczne, skąpane w deszczu. Bez wiary ludzi. W pośpiechu, by nie przegapić niczego, łącznie z supportem. W izolacji. Drugie Igomamy: optymistyczne, przepełnione wiarą, że załatwić można wszystko. W słońcu. Bez szaleństwa, tylko danie główne. Razem.
A wszystko zaczęło się jeszcze w grudniu, gdy kupowałem bilety. Choć do koncertu było jeszcze pół roku, to na oficjalnej stronie były tylko pojedyncze miejsca. Dodatkowo w różnych sektorach, więc wchodzić musielibyśmy innymi wejściami. Bez szans by kupić “miejscówki” koło siebie. Były miejsca “nieoficjalne”, ale po przejrzeniu kilku relacji, gdy ktoś po kupnie takiego biletu nie dostał się na koncert – zrezygnowałem. Żeby to jeszcze było na miejscu, to czemu nie. Ale lecieć gdzieś na koncert, by na ten koncert ostatecznie nie dotrzeć…
Przekonałem Igomamę, że jakoś to będzie: najwyżej zamienię się z kimś biletem i usiądziemy razem. Kupiliśmy i zaczęliśmy planowanie. Celowo wybrałem Dublin (drugą opcją był Londyn), bo w Dublinie jeszcze nigdy nie byliśmy. Oprócz koncertów będzie jeszcze czas na zwiedzanie.
Schody zaczęły się już przed wyjazdem. Spodziewałem się, że bilet będzie można wydrukować i w ten sposób zamienić się z innym uczestnikiem. Nic z tego. “Twój telefon jest twoim biletem”. No przecież nie oddam komuś mojego telefonu! Igomama nie była zachwycona. Trudno jej się dziwić, nie to jej obiecywałem…
Pierwszy koncert odbywał się w piątek. Dzień był deszczowy, ale w czasie zwiedzania deszcz był znośny. Za to w drodze na stadion próbował zatopić nas oboje. Przed wejściem rozstaliśmy się, wskazałem na pobliski budynek jako miejsce “zbiórki”. Weszliśmy. Nam deszcz nie dokuczał – stadion zadaszony. Za to widzowie przy scenie i artyści na przemian kąpali się w nim i schli w słońcu. Przeważało to pierwsze.
Widzowie schodzili się powoli, ale gdy zabrzmiały pierwsze nuty Creeping Death Igomama raportowała: “wolne miejsca obok mnie, przychodź!”. Tylko jak? Musiałbym chyba skakać między piętrami, z balkonu na balkon. Skupiłem się na muzyce, zdzierając sobie gardło. Igomama cierpiała: ma wrażliwy słuch. Dla niej było to niemal bolesne. Ale Metallica, więc mimo wszystko została. Choć pokusa, by ukryć się za szybą i tam słuchać koncertu była na pewno duża.
Przeboje stare i nowe, wiadomo, trasa promowała ostatnią płytę. Odpłynąłem przy dwóch utworach: Orion…
I oczywiście przy nieśmiertelnym Master of Puppets, który zamykał dzień pierwszy…
Wreszcie koniec, wyjście. Wystartowałem wcześniej, ale ścieżka wyprowadziła mnie w inną stronę niż ta, z której przyszliśmy. Budynek – miejsce spotkania – nigdzie w zasięgu wzroku. Igomama przeciwnie, już przy metrze. Ja błądzę, wskazówki mylą, do metra ciągnie się ślamazarna kolejka. Igomama u bramy metra, ale nie wchodzi, czeka. Dzwonię ja, dzwoni i ona. Tylko nie do mnie, bo deszcz znów siąpi i telefon wybiera losowy numer. Dobrze, że w Holandii upały, koleżanka jeszcze nie spała, choć u nich już pierwsza w nocy. Przed Igomamą zasuwają się bramy, ja wbiegam na stację. Nie ma, nie ma? Dzwonię. Nie wejdzie. Pytam obsługi. Weszła. Przerażona, zniechęcona. Wracamy do hotelu w milczeniu.
Na niedzielny koncert idziemy razem tylko dlatego, że obiecałem choć spróbować załatwić sprawę osobnych miejsc. Jedziemy później, bo support nie jest dla mnie tak istotny, jak piątkowa Pantera, a Igomama też nie nalega. Słońce świeci, zatyczki do uszu w plecaku, więc będzie bezboleśnie.
Przy wejściu do sektora Igomamy pytam ochroniarza, czy da się coś zrobić. Ku memu zaskoczeniu jest przekonany, że na pewno tak. W środku zaczynam od osoby przy bocznej bramce, przy której nie trzeba skanować biletu, ale odsyła nas do zwierzchników. Dwoje ludzi w wieku naszych rodziców. Choć mówię głównie ja, to jestem pewien, że przekonują ich sarnie oczy Igomamy. Widzą w nich to piątkowe przerażenie i wierzą bardziej tym oczom, niż moim słowom. Mężczyzna, którego imienia niestety nie znam, zabiera nas najpierw do miejsca, gdzie spodziewał się biura Ticketmastera. Później tam, gdzie ono faktycznie było. Tam niestety nic nie można wskórać. Prowadzi nas więc na powrót do wejścia, gdzie zaczęliśmy. Przyznaje swojej koleżance rację, nic nie zadziałamy. Wpuszcza nas razem ze smutkiem, bo może nie da się, byśmy siedzieli obok siebie. My jednak odczuwamy ogromną wdzięczność. Przecież nawet jeśli nie zupełnie obok, to na pewno bliżej, niż w piątek. W dodatku w lepszym sektorze!
Siadam obok Igomamy, a gdy pojawia się właściciel miejsca, tuż za nią. Jestem dziś jej Paparazzi.
Jesteśmy razem. Słońce świeci, a my czekamy na muzyczne biczowanie. Whiplash!
Niedziela dla mnie to przede wszystkim mój ulubiony utwór, Fade to Black…
Chwilę po tym, jak wspominam Igomamie, że brakuje tylko The Call of Ktulu, rozbrzmiewają pierwsze jego takty…
Kocham twórczość Lovecrafta, podobnie jak pierwszy basista Metallici, Cliff Burton, który jego twórczość “sprzedał” reszcie zespołu. To jemu właśnie zespół dedykuje zarówno ten utwór, jak i piątkową wyprawę w stronę Oriona.
Po skończonym koncercie nigdzie nie pędzę. Idziemy spokojnie.
Najpierw do kolejki do metra, a później spacerem do domu. Może metrem byłoby szybciej, ale stanie najpierw w długiej kolejce, która wydaje się nie przesuwać… Później powolna podróż zatłoczonym metrem… Noc jest ciepła, a my mamy siebie. Idziemy w tłumie ludzi podobnych, choć przecież tak różnych. Są dzieci, są starsi od nas, są młodsi. Auto toczy się w korku z otwartymi na oścież oknami, przepełnione muzyką, która brzmi znajomo. Uśmiechamy się my, uśmiechają się oni. Jeszcze zdjęcia z widokiem na stadion, pięknie oświetlony w nocy. Do hotelu docieramy razem. Naprawdę razem, nie tak jak w piątek, jedynie obok siebie.
Piękni, młodzi, bogaci wewnętrznie to Wy. Ktoś, kto kocha Metallicę, nie może być starszym i smutnym człowiekiem. Ktoś, kto jeździ na koncerty, musi kochać muzykę. Ludzie z pasją są wspaniałymi, ciekawymi i dobrymi ludźmi, więc dbajcie o swoje fascynacje koncertami, podróżami i wciąż miejcie niezmienną ciekawość świata.
Zasyłam moc serdeczności
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Dziękuję pięknie za ten wzruszający komentarz… 🙂
Nie wiem, na ile zasłużyliśmy na te ciepłe słowa, ale słów takich nigdy za wiele, więc… dziękuję. I pozdrawiam od całej ferajny!
PolubieniePolubienie